Koszmar w kawalerce w Zdrojach

Dziesięć skrajnie wygłodzonych, chorych psów wywiozła policja z mieszkania przy ul. Akwarelowej. Zwierzęta trafiły do schroniska. Trzy z nich trzeba będzie uśpić

Policję do budynku przy ul. Akwarelowej wezwali w czwartek mieszkańcy zaniepokojeni wydobywającym się z mieszkania na parterze coraz silniejszym odorem i wyciem psów. Właścicielki, Danuty J., nikt nie widział od dwóch tygodni. Sąsiedzi obawiali się, że kobiecie coś się stało. Drzwi były zamknięte, trzeba było wejść przez okno. Lokatorki w domu nie było, za to na policjantów czekała sfora psów.

- To co zastałem w tym mieszkaniu, to jakiś koszmar - opowiada Zbigniew Kosecki, pracownik schroniska, który przyjechał na miejsce razem z policją. - Smród, brudno, wszędzie odchody. Musiałem otworzyć wszystkie okna, bo tam nie dało się wytrzymać. A same psy były w takim stanie, że żal patrzeć. Jedzenia to chyba nie widziały od miesiąca. W pokoju znalazłem skórę kota. Musiały go rozszarpać.

- Policjanci, jak wyprowadzali psy, to aż się dusili - opowiada lokatorka budynku, pani Wanda. - Nie chcę nawet myśleć, co musi być w tym mieszkaniu. Na całej klatce panuje okropny smród. Czy lato, czy zima drzwi wejściowe muszą być otwarte, żeby się wietrzyło.

Psy (mieszańce wielkości owczarków niemieckich) trafiły do schroniska. Trzy są w takim stanie, że trzeba będzie je uśpić. Pozostałych siedem, w nieco lepszej kondycji, jest pod opieką weterynarza.

Danuta J. w piątek wróciła do domu. Od razu zadzwoniła na policję. - Wiedziała, gdzie dzwonić, bo to nie był pierwszy raz, kiedy odebraliśmy jej zwierzęta - mówi Alicja Bierbasz z biura prasowego KWP. Poprzednia interwencja miała miejsce w 2004 r., również po skargach mieszkańców budynku. Psy wywieziono do schroniska. W ciągu miesiąca kobieta wszystkie wykradła. Sprawa trafiła do sądu, jednak ten stwierdził, że J. jest niewinna. Uzasadniał, że znęcanie się musi być zamierzone, w tym przypadku to tylko zaniedbanie.

- Nie możemy skutecznie walczyć z takimi przypadkami, bo nie mamy do tego możliwości prawnych - mówi Anna Kiepas-Kokot, prezes Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. - Jedyne, co możemy zrobić, to wymusić na opiekunie zrzeczenie się psa. Często musimy ludzi szantażować, że oddamy sprawę do sądu. Jednak są tacy, którzy nie chcą współpracować. A ta pani nie chce.

Tylko w zeszłym roku TOZ miał cztery interwencje w sprawie domowych "hodowli". Psy udało się zabrać tylko jednej osobie.

Co dalej z psami Danuty J.? W sobotę kobieta zjawiła się w schronisku, żądając zwrotu zwierząt. Pracownicy odmówili. - Te psy są w strasznym stanie - mówi Maria Szampańska, pracownik schroniska. - Wymagają opieki weterynaryjnej. Nie mogą wrócić do tej kobiety.

Informacje ze Szczecina . Polecamy: To będzie trudny rok, ale nie dla wszystkich