Wyroki śmierci za Bali wykonane

Indonezja wykonała wyroki śmierci na zamachowcach z Bali, gdzie w 2002 r. zginęły dziesiątki zachodnich turystów. W ich rodzinnych wioskach tłum starł się z policją.

"Trójkę z Bali", czyli sprawców zamachu bombowego z 2002 r., stracono o północy z soboty na niedzielę. Skazani uśmiechali się i odmówili zakrycia oczu, zostali przywiązani do metalowych słupów wbitych w ziemię i rozstrzelani - podała wczoraj indonezyjska prokuratura.

Żaden ze skazanych nie wyraził skruchy. W wywiadzie dla Reutersa z ubiegłego roku mówili, że żałują jedynie, że od ich bomb zginęli niewinni muzułmanie. Indonezja już wcześniej zdążyła dobrze poznać ich twarze, bo przez ostatnie pięć lat wypowiadali się kilka razy w telewizji. Zawsze robili wrażenie zadowolonych i pewnych swych racji.

Ciała straceńców zabrały oczekujące w pobliżu więzienia dwa helikoptery, bo władze bały się tłumów fanatyków na drodze konduktu żałobnego. Obawy nie były płonne. Wczoraj we wschodniej części Jawy, w rodzinnych wioskach Amroziego, zwanego "roześmianym zabójcą", i Mukhlasa, setki ich sympatyków starły się z policją. - Ani jedna kropla krwi muzułmańskiej nie może zostać bezkarnie przelana - groził 26 letni Ganna, który przyjechał na pogrzeb z Dżakarty.

Pięć lat temu sąd indonezyjski uznał 33-letniego Imama Samudra, 43-letniego Mukhlasa i 42-letniego Amroziego, członków radykalnej organizacji islamskiej, za winnych podłożenia 12 października 2002 r. bomb, które wybuchły w dwóch nocnych klubach w kurorcie Kuta na Bali. Tamtego wieczoru w przepełnionych barach Paddy'ego i Sari rozpętało się piekło. Na wyspie nazwanej rajem na ziemi zginęły 202 osoby, w tym 88 z Australii. Wśród ofiar była dziennikarka "Gazety" Beata Pawlak.

W związku ze zbliżającą się egzekucją, zapowiadaną na początek miesiąca, w Indonezji podjęto nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. W czwartek w centrum Dżakarty defilowali radykałowie islamscy z okrzykiem "Allah akbar" i transparentem grożącym piekłem tym, którzy ośmielą się tknąć "męczenników". Było ich tylko stu, ale to wystarczyło, by stolica przypomniała sobie, że ostatni zamach bombowy pod ambasadą USA miał miejsce cztery lata temu.

- Większość z nas nie czuje radości, bo naszych bliskich już nie ma, ale na pewno ulgę, że nie musimy nadal uczestniczyć w tym całym cyrku - powiedział Australijczyk Trent Thompson, który stracił na Bali brata. "Cyrk" to pięć lat na rozpatrywanie odwołań obrońców i przekładanie terminu egzekucji, ostatnio z powodu ramadanu. Władze bały się, choć w Indonezji nie było od 2005 r. dużych zamachów bombowych i policja antyterrorystyczna działa lepiej.

Australia ostrzegła ponownie swych obywateli przed wyjazdami do Indonezji. Tym, którzy tam są, radzi, by omijali kurorty, plaże i bary.

Nawet rodziny ofiar bały się, że wykonanie wyroku tylko wzmocni islamski fanatyzm. - Kara śmierci pochodzi z XVIII wieku, mój brat był prawnikiem i byłby przeciw, lepiej im dać dożywocie - mówi 40-letnia architekt Susanna Miller.

Pod domami Amroziego i Mukhlasa we wschodniej części Jawy wywieszono transparent: "Za trzech skazanych 3000 nowych bojowników dżihadu". O męczeństwo w imię Allaha wzywał w tym tygodniu imam Abu Bakar Bashir, duchowy przywódca radykalnej organizacji muzułmańskiej Dżemaja Islamija. Zamachowcy z Bali byli jej członkami. Organizacja, której nazwa znaczy Wspólnota Wiernych, chce, by Indonezja weszła w przyszłości w skład szerszego kalifatu w Azji Południowo-Wschodniej. Bomby na Bali miały wystraszyć cudzoziemców z Indonezji.

Ale większość Indonezji, gdzie mieszka największa wspólnota muzułmańska świata, poparła egzekucję. - Jestem szczęśliwy - mówi Tumini, Indonezyjczyk, który pracował u Paddy'ego. - Trzeba wyplenić radykalizm islamski z korzeniami.

Nieuchwytny pozostaje główny sprawca zamachu z 2002 r. To Malaj Noordin Top, genialny konstruktor bomb, któremu przypisuje się też drugi zamach na Bali w 2005 r. i śmierć 20 cywilów, głównie obywateli indonezyjskich.