Unia tnie stocznie

Stocznie w Gdyni i Szczecinie będą podzielone na kawałki i sprzedane na przetargach. Pracownicy nie będą mieli gwarancji pracy w nowych zakładach. To konsekwencja trwającej od lat nielegalnej - według unijnych reguł - pomocy państwa dla stoczni.

Stocznie w Gdyni i Szczecinie przez lata sprzedawały statki taniej, niż wynosiły koszty ich produkcji. Deficyt pokrywany był z państwowych pieniędzy. Od momentu przystąpienia Polski do UE kwoty pomocy narosły: do 1,6 mld euro dla Stoczni Gdynia i 1,7 mld euro dla Stoczni Szczecińskiej Nowa (nie było to tylko gotówka, ale głównie gwarancje kredytów zaciąganych przez stocznie).

UE poza wyjątkowymi sytuacjami, takimi jak ostatni kryzys finansowy i pomoc dla banków, uznaje taką pomoc za nielegalną, bo narusza ona uczciwą rynkową konkurencję. Komisja Europejska nie zrobiła wczoraj wyjątku dla stoczni w Gdyni i Szczecinie - pomoc dla obu firm uznała za nielegalną. Firmy muszą ją oddać do budżetu państwa do 6 czerwca 2009 r.

Te siedem miesięcy do czerwca to szansa dla likwidowanych stoczni i ich pracowników. W tym czasie majątek stoczni ma być podzielony i sprzedany na przetargach. Sprzedaż stoczni w kawałkach ma zwiększyć liczbę potencjalnych nabywców. Dzięki większej konkurencji wśród kupujących powinno wpłynąć więcej pieniędzy ze sprzedaży kawałków stoczni. Z tych pieniędzy będą spłacani stoczniowi wierzyciele (tylko Stocznia Gdynia winna jest im ok. 1 mld zł).

KE wymogła także na naszym rządzie, że nie będzie narzucał żadnych ograniczeń co do przyszłej funkcji stoczniowych terenów,, czyli nie będzie obowiązku, by budować tam statki.

Minister skarbu Aleksander Grad przekonywał, że nie boi się sytuacji, w której stoczniowe nieruchomości kupią np. deweloperzy i zbudują tam osiedla. - Teoretycznie to możliwe. W praktyce raczej nierealne - mówił Grad. - W przetargach ograniczeń nie będzie, ale te tereny są chronione jako przemysłowe także planami zagospodarowania przestrzennego.

By sprzedaż stoczni była możliwa, wcześniej parlament musi przyjąć specjalną specustawę. - W przyszłym tygodniu jej projekt będzie gotowy. Nie obawiam się o poparcie dla niej, bo zapewni wszystkim wierzycielom lepszą ochronę niż w przypadku, gdyby prowadzono zwykłą upadłość przez syndyka - twierdzi wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i do 6 czerwca 2009 r. majątek stoczni będzie sprzedany, a wierzyciele spłaceni, to nakaz zwrotu pomocy publicznej odbiorą firmy-wydmuszki, czyli dawne stocznie pozbawione jakiegokolwiek majątku.

I choć pomocy publicznej nie spłacą (bo na nią - po spłacie wierzycieli - nie wystarczy pieniędzy), to zostaną zlikwidowane. Nowe firmy, które kupią stoczniowy majątek, nie będą miały obowiązku zwrotu pomocy publicznej ani żadnych ograniczeń produkcji.

Wiadomo już, że są firmy zainteresowane zakupem stoczniowego majątku w taki sposób. - Czekam tylko, aż pojawią się konkretne oferty - mówi Janusz Baran, właściciel prywatnej stoczni Maritim Shipyard z Gdańska.

Ukraińska firma metalurgiczna ISD, która w tym roku chciała kupić Stocznię Gdynia w całości (program został jednak odrzucony przez KE), też nie wyklucza udziału. - Musimy jednak dowiedzieć się, co dokładnie będzie do kupienia i na jakich warunkach - mówi Marcin Ciok z ISD Polska.

Wiadomo już, co stanie się z majątkiem stoczni, za to więcej powodów do niepokoju mają pracownicy. - Nie będzie wolno narzucać automatycznego transferu pracowników do nowych firm - podkreślała Neelie Kroes, unijna komisarz ds. konkurencji. To może oznaczać, że ok. 10 tys. pracowników stoczni w Gdyni i Szczecinie, zanim znajdzie zatrudnienie u nowych pracodawców, wcześniej będzie musiało odejść z istniejących przedsiębiorstw.

Wiceminister Gawlik uspokaja: - Są dwa wyjątki, które dopuszczają automatyczny transfer: zgoda nowego inwestora, ale także sprzedaż zorganizowanej części przedsiębiorstwa, np. jakiegoś wydziału stoczni. Wtedy to kodeks pracy gwarantuje pracownikom ciągłość zatrudnienia.

- Dla mnie najważniejsze jest, by znalazł się poważny, branżowy inwestor. Jeśli taki będzie, będzie także praca dla stoczniowców - uważa Dariusz Adamski, szef "S" w Stoczni Gdynia. - Ale oczywiście będziemy walczyć, by ewentualne zwolnienia dotknęły jak najmniejszej grupy ludzi, a osłona socjalna była jak najlepsza.

Komisarz Kroes i minister Grad zapewniali także, że uzgodnili szeroki program osłonowy dla tych, którzy stracą pracę w stoczniach. Będzie on finansowany ze środków unijnych (Europejskiego Funduszu Społecznego i Europejskiego Funduszu Dostosowania do Globalizacji).

Choć Grad nie chciał powiedzieć, ilu pracowników będzie zwolnionych, to warunkiem uruchomienia tego drugiego funduszu jest zwolnienie co najmniej 1 tys. osób. Pieniądze z niego mogą być przeznaczone m.in. na przeszkolenia czy zakładanie nowych firm. W stoczniach ma też ruszyć program dobrowolnych odejść.

Eksperci podkreślają, że na razie dla fachowców ze stoczni pracy nie powinno zabraknąć. - W tej chwili w Polsce jest bardzo duże zapotrzebowanie na pracowników z branży metalowej, jednak ze względu na wysokość zarobków zapewne większa część pracowników skorzysta z ofert firm zagranicznych. Szczególnie atrakcyjna pod tym względem jest Norwegia - ocenia Kaja Wasilewska, właścicielka internetowej giełdy pracy Stoczniowcy.pl.

Komisja Europejska nie podjęła na razie decyzji co do Stoczni Gdańskiej (kupionej w 2007 r. przez firmę ISD). Według Kroes ta firma jest w lepszej sytuacji, bo jest już sprywatyzowana, otrzymała mniej pomocy publicznej, a Ukraińcy już w nią dużo zainwestowali. Rozmowy w Brukseli na jej temat - w przyszłym tygodniu.