Rosjanie spierają się, czy Kreml zaczyna szanować społeczeństwo

Kreml chce dziś być partnerem nie tylko USA, Europy i NATO. Także - Rosjan. Społeczeństwo obywatelskie przyjdzie jednak Rosji dopiero budować, a i władza dopiero uczy się z nim rozmawiać. Moskiewskie Forum Obywatelskie potwierdziło tę prawdę

Rosjanie spierają się, czy Kreml zaczyna szanować społeczeństwo

Kreml chce dziś być partnerem nie tylko USA, Europy i NATO. Także - Rosjan. Społeczeństwo obywatelskie przyjdzie jednak Rosji dopiero budować, a i władza dopiero uczy się z nim rozmawiać. Moskiewskie Forum Obywatelskie potwierdziło tę prawdę

Komentatorzy w Moskwie nadal nie mogą się nadziwić - po co Władimirowi Putinowi było spotkanie na Kremlu z 5 tys. przedstawicielami "obywateli" - obrońcami praw człowieka i ekologami, ale także hodowcami królików? Dlaczego władza wydała 1,5 mln dol. na zorganizowanie dziesięciu dni temu kongresu, którego sensu nie potrafi pojąć nawet wielu uczestników?

Obywatel na zamówienie

- Władimir Putin rozpoczął rządy od budowy tego, co nazywa się u nas "pionem władzy" - tłumaczy Aleksiej Simonow, przewodniczący Fundacji Obrony Głasnosti.

- Podzielił kraj na siedem okręgów federalnych. Do każdego posłał swego przedstawiciela - superrewizora, który miał kontrolować gubernatorów. Gubernatorzy przydzielili przedstawicielom prezydenta luksusowe budynki na biura, deklarują im swoją wierność i dalej robią dokładnie to, co robili do tej pory - rządzą się jak feudałowie. Okazało się, że "pion władzy" nie jest lekarstwem. Potwierdziła się banalna prawda, że z samowolą jednej biurokracji nie da się walczyć za pomocą drugiej biurokracji. Gdzieś w początkach roku otoczenie prezydenta doszło do wniosku, że potrzebna im jest nowa siła, przeciwwaga biurokracji. Kreml ogłosił więc coś w rodzaju "przetargu na społeczeństwo obywatelskie". Pierwszym, kto był gotowy dostarczyć "obywatela na obstalunek", okazał się Wasilij Jakimienko, były urzędnik administracji prezydenckiej, który 7 maja, w rocznicę zaprzysiężenia Putina, przyprowadził pod mury Kremla 20 tys. młodych członków nowej organizacji Idący Razem (w domyśle - z prezydentem). Z trybuny opowiadał słuchaczom ubranym w czerwone, niebieskie i białe [barwy flagi rosyjskiej] koszule organizacyjne o "naszym programie", "naszych liderach", "naszym idolu".

Idący Razem, których Moskwa nazywa "Putinjugend", to młodzi ludzie, w większości studenci prowincjonalnych uniwersytetów, od czasu do czasu przyjeżdżają do stolicy i wychodzą na ulice z transparentami, na których wypisują hasła wiernopoddańcze. Dostają za to bilety na koncerty, dyskoteki, baseny. Bardziej aktywnym organizacja funduje pagery, telefony, pomaga zdobywać zaliczenia. - Czego mam się wstydzić. Jeśli ja nie wezmę biletu czy pagera, dostanie go ktoś inny - mówiła "Gazecie" studentka z Tuły, która 7 listopada przyjechała do Moskwy na kolejną demonstrację proprezydencką. - U nas dziewczyny, jeśli nie mają pieniędzy na łapówkę, żeby zdobyć zaliczenie, muszą spać z wykładowcami. A chyba lepiej się przejść z głupim transparentem, niż spać z docentem.

To my bardziej kochamy prezydenta

Przykład Jakowienki okazuje się zaraźliwy. Politycy rosyjscy na wyścigi deklarują swą wierność i przywiązanie do prezydenta, organizują różnorakie "grupy poparcia Władimira Władimirowicza Putina". Satyryk Wiktor Szenderowicz apeluje do milicji stołecznej, by była czujna i nie dopuściła do krwawych zamieszek, kiedy na którejś z ulic w Moskwie dojdzie do zderzenia dwóch kolumn demonstrantów maszerujących pod transparentami: "A my bardziej kochamy prezydenta!".

Trzeba przyznać, że Putin stara się nie dostrzegać Idących Razem i podobnych fasadowych organizacji.

- Nam jest potrzebny partner prawdziwy. Siła społeczna, która byłaby w stanie kontrolować działania władzy, brać na siebie odpowiedzialność za sprawy kraju. Państwo nigdy nie stanie się nowoczesne, jeśli za wszystko będzie odpowiadać prezydent - mówi "Gazecie" Gleb Pawłowski, doradca polityczny Putina, pomysłodawca zwołania Forum Obywatelskiego.

W Rosji działa ponad 300 tys. organizacji społecznych. To przede wszystkim kolekcjonerzy, hodowcy, działkowicze, krótkofalowcy. - Na dobrą sprawę nie ma u nas samorządów lokalnych, organizacji, które próbowałyby kontrolować władzę w regionach. Tak samo jak w guberniach nie ma wolnej prasy. Kiedy władza bierze się za jakąś redakcję, krzyk podnosi się tylko w Moskwie. Na prowincji niepokornych ustawiają skutecznie na baczność - tłumaczy Waczesław Igrunow, były dysydent, do niedawna jeden z przywódców Jabłoka.

Wyjdzie zjazd partii

Kreml, szukając - jak to określił Pawłowski - "prawdziwego partnera", nie miał wyjścia. Zaprosił do Moskwy i filatelistów, i przedstawicieli komitetów rodzicielskich (w Rosji komitety należą do rzadkości, z reguły rodzice nie wtrącają się do pracy szkół).

Prasa stołeczna nabijała się, co wyjdzie z tego - jak zapowiadały gazety - "kongresu pszczelarzy". Nawiązywała do słynnego powiedzenia byłego premiera Wiktora Czernomyrdina: - "Jakiej nowej partii byśmy nie zakładali, zawsze wyjdzie KPZR", i dodawała "jakiego forum obywatelskiego Kreml by nie organizował, zawsze wyjdzie z tego zjazd partii".

- Świat uważa, że Rosjanie po 70 latach rządów komunistów są dobrze przyuczeni do działania w kolektywie. A jest na odwrót. Zmieniono nas w biernych indywidualistów, którzy nie tylko nie umieją, ale boją się bronić swych interesów w grupie - twierdzi historyk Paweł Zyrianow.

Niedawno nie mogłem przejechać trolejbusem z Łubianki do domu - ktoś na środku ulicy pod oknami centrali FSB zaparkował toyotę lexus, tarasując przejazd. Na przystanku kłębiło się kilkuset pasażerów. Zbiegli się tam też kierowcy ponad 50 zablokowanych trolejbusów. Wszyscy przeklinali właściciela toyoty, kierowcy skarżyli się, że stracą premie za spóźnienia. Ale nikt nie próbował skrzyknąć ludzi, by wspólnie zepchnęli czy przenieśli blokujący przejazd wóz na chodnik. Milicja przyjechała dopiero po trzech godzinach, kiedy wezwał ją na Łubiankę oficer wychodzący z gmachu FSB.

Kiedy w maju pojechałem do rozbitego powodzią Leńska, najbardziej wstrząsnął mną nie bezmiar zniszczeń, ile bezradność mieszkańców. Kilka dni po ustąpieniu wody ludzie siedzieli przed wejściami do domów, gotowali jedzenie na ogniskach, pili wódkę. Nikt się nie brał do sprzątania podwórek, ulic. Czekali, aż władza coś zorganizuje, przyśle ludzi. A pytani, czy wierzą w to, że władza im pomoże, odpowiadali, że nie.

- Niedawno miałem nieprzyjemność być w administracji dzielnicy. Chciałem tam zostawić numer konta bankowego, na który powinna trafiać moja renta. Trzech urzędników po chamsku mnie zbeształo. Oni uważają, że są absolutnie bezkarni, z każdym mogą zrobić, co zechcą - mówi Oleg Mironow, pełnomocnik prezydenta Federacji Rosyjskiej ds. praw człowieka.

Rzeczywiście niezależną od władzy obywatelską siłę społeczną stanowi dziś w Rosji chyba tylko ruch obrońców praw człowieka. To kilkaset organizacji (finansowanych przez fundacje zachodnie) kierowanych często przez byłych dysydentów. Ich Kreml nie tylko zaprosił na forum. Poprosił ich też o pomoc w jego przygotowaniu.

Część dawnych dysydentów przyjęła zaproszenie. Część zdecydowanie odmówiła. - Na Kreml poszli tylko prowincjonalni pszczelarze i moskiewscy zdrajcy - twierdzi Waleria Nowodworska, nieprzejednana przeciwniczka Putina.

- A Siergiej Kowaliow? On był na forum - przypomniałem Nowodworskiej słynnego obrońcę praw człowieka.

- Jemu wolno. Kowaliow ma takie zasługi...

Kowaliow nie był sam, na przewodniczenie obradom zgodziła się Ludmiła Aleksiejewa, przewodnicząca Grupy Moskiewsko-Helsińskiej, dysydentka z wieloletnim stażem.

Hymn czy Wysocki?

- Wyglądało na to, że na Kremlu postanowią powołać do życia coś w rodzaju "ministerstwa społeczeństwa obywatelskiego". A miało się to zaczynać i kończyć przy dźwiękach nowego starego hymnu - opowiada Aleksiej Simonow.

- Postawiliśmy warunki. Przed forum ani na forum nie będzie żadnych wyborów, nie powołujemy żadnych instytucji, nie uchwalamy deklaracji. I oczywiście nie chcemy słyszeć reanimowanego hymnu stalinowskiego. I Kreml krok za krokiem wycofał się ze swych planów, przyjął nasze warunki - zapewniał "Gazetę" Arsenij Rogiński, członek zarządu stowarzyszenia Memoriał, przekrzykując dobiegającą z głośników Pałacu Zjazdów piosenkę Włodzimierza Wysockiego o obławie na młode wilki. - Szanuję zdanie Nowodworskiej czy Jeleny Bonner, wdowy po Andrieju Sacharowie, które nie chciały mieć nic wspólnego z kongresem, ale ludzie z Kremla przyjęli wszystkie nasze życzenia i dzięki temu forum nie stało się imprezą propagandową. Władza dowiodła, że chce uczciwie rozmawiać ze społeczeństwem - ocenia Rogiński.

- Kiedy prezydent wychodził z sali, większość delegatów żegnała go brawami na stojąco. Ludzie, którzy przyjechali do Moskwy z regionów, po prostu uważają, że tak wypada. A nasza i zachodnia prasa też pisała tylko o tym, że dziś obywatele Putinowi, jak kiedyś towarzysze Breżniewowi, że recydywa kultu jednostki... - złości się Simonow. - Na to, co prezydent mówił, już nie zwrócili uwagi. A tym razem podpisałbym się pod jego słowami - choćby pod tym, że "władza przegra, jeśli społeczeństwo będzie zniewolone". O Rosji łatwiej pisać, że zamordyzm, terror i nic się na to nie poradzi. A w to, że kraj się trochę jednak zmienia na lepsze, uwierzyć znacznie trudniej - uważa szef Fundacji Obrony Głasnosti.

Szacunek na rozkaz

- Najważniejszym skutkiem Forum Obywatelskiego było to, że władza po prostu porozmawiała z obywatelami o wszystkich ważnych problemach Rosji. A tego w naszej historii jeszcze nie było - uważa Władimir Wojnowicz, publicysta dziennika "Izwiestia". - Można oczywiście powiedzieć, że w Rosji nie ma żadnego społeczeństwa obywatelskiego i żaden zjazd, żaden rozkaz najwyższej władzy tego nie zmieni. Zbyt mało jest w Rosji ludzi, którzy potrafią być obywatelami. Istota stworzona w przeszłości totalitarnej przekształca się w obywatela znacznie wolniej niż poczwarka w motyla.

- Ludzie władzy potraktowali nas normalnie, chyba pierwszy raz w życiu - Galina Lebiedziewa z Komitetu Matek Żołnierskich jest zszokowana tym, co spotkało ją na Kremlu na Forum Obywatelskim. - W czasie obrad komisji zajmującej się sprawami armii spotkałam wysokiego urzędnika z ministerstwa obrony, który niedawno przekazał mi przez swego adiutanta, że nie będzie rozmawiał ze mną, "starą wariatką" - opowiada Lebiedziewa. - Tym razem on i jego koledzy okazali się bardzo kontaktowi. Widocznie przełożeni dali im rozkaz, że mają być kulturalni. Mamy w Niżnym Nowgorodzie grupę żołnierzy służby zasadniczej, których dowódcy zmusili do podpisania kontraktów, potem wysłali do Czeczenii, ale pieniędzy za udział w wojnie nie wypłacili. W czasie forum dogadaliśmy się, że do Niżnego przyjedzie komisja ministerstwa obrony i wraz z naszym Komitetem Matek Żołnierskich zbada sprawę - zauważa Lebiedziewa.

- Prezydent mówił mądre rzeczy. Premier, ministrowie, wysocy urzędnicy zwracali się do nas z szacunkiem i uwagą. I zapewniali, że tak samo mają nas teraz traktować urzędnicy w obwodach i w rejonach. Powtarzali, że nie powinniśmy się bać, że mamy prawo się domagać - uśmiecha się Lidia Nikowa, nauczycielka z Niżnego Nowgorodu. - I co? W naszej administracji obwodowej już nikt nie wyjedzie na mnie z mordą tylko dlatego, że premier gdzieś tam na Kremlu podał mi rękę? Czy ludzie przestaną się ich bać? Nieprędko. Więc po co było to spotkanie? Może po to, żeby te 5 tys. ludzi, którzy tu przyjechali, miało o czym marzyć.

Wacław Radziwinowicz, Moskwa

Forum to propaganda

Wacław Radziwinowicz: Dlaczego Rosjanom tak trudno wspólnie bronić swoich interesów, działać w grupie?

Jurij Lewada: Wieloletnia tresura. W moim domu mieszkają całkiem porządni ludzie. W mieszkaniach mają czysto, jak należy. Ale klatka schodowa - jak prawie wszystkie klatki schodowe w b. ZSRR - wygląda strasznie. Pomazana, brudna, śmierdzi. Wszyscy godzimy się, że należałoby założyć domofon. Nikt się jednak do tego nie zabiera. Przez pokolenia uczyli nas, że tylko władza ma prawo organizować życie obywateli. W czasach radzieckich człowiek, który próbowałby namówić sąsiadów do tego, by wspólnie założyli domofon, od razu byłby podejrzany. ZSRR nie ma, ale ludzie dalej wolą się nie wychylać. Stan społeczeństwa jest więc taki jak stan naszych klatek schodowych. Z naszą biernością, nieumiejętnością organizowania się jesteśmy o 200 lat za narodami Europy Zachodniej. Rosjanin da urzędnikowi łapówkę, będzie się do niego przymilać, ale jeszcze długo nie ośmieli mu się powiedzieć: - Mam prawo i wymagam.

Czy takie akcje jak Forum Obywatelskie mogą zmienić ten stan?

- W żadnym wypadku. To impreza czysto propagandowa. Ta sama władza, która nawołuje do dialogu, zaprasza obywateli do "poważnej rozmowy partnerskiej" o najważniejszych sprawach, niedawno zadusiła niezależną telewizję NTW, teraz zabiera się za TV 6, ostatni prywatny kanał ogólnorosyjski. A o jakim społeczeństwie obywatelskim może być mowa tam, gdzie nie ma niezależnych mediów? Kiedy doczekamy się nowego pokolenia obywateli, jeśli młodzi ludzie jednoczą się w Idących Razem i cynicznie przyznają się, że robią to po to, by dostać pagera?

Prof. Jurij Lewada, jeden z najwybitniejszych socjologów rosyjskich, dyrektor Centrum Badania Opinii Publicznej.

Forum było na serio

Wacław Radziwinowicz: Kiedy oskarżony o szpiegostwo siedziałeś w więzieniu, na Kreml przyszło 24 tys. listów w Twojej obronie. Ile z nich wysłali obywatele Rosji?

Grigorij Pasko: Jeden. Kryminalista, który jakiś czas spędził w mojej celi, napisał: "Siedziałem dwa miesiące z Pasko. On nie jest szpiegiem japońskim". Przy tym wiem, że bardzo wielu ludzi mi współczuło, przejmowało się moim losem. Nie pisali, bo Rosjanie są przekonani, że władza nigdy nie słuchała, nie słucha i nie będzie słuchać obywatela, że zawsze będzie go mieć za nic. Ludzie tak myślą i bardzo często mają rację.

Dlaczego w takim razie zdecydowałeś się wziąć udział w Forum Obywatelskim?

- Zawsze w takich przypadkach istnieje ryzyko, że władza spróbuje wrobić człowieka w coś paskudnego - na przykład ustawić cię w pierwszym szeregu Idących Razem. Ale nic takiego się nie stało. Podpisałbym się pod każdym słowem z wystąpienia Putina na forum. Potem przy okrągłych stołach rozmawialiśmy z ministrami, urzędnikami rzeczywiście jak równi partnerzy. Obiecaliśmy sobie, że wspólnie będziemy załatwiać sprawy, o których mówiliśmy na forum. Gleb Pawłowski obiecywał, że być może niedługo zostanie zwołane nowe forum, na którym władza wspólnie z obywatelami zastanowi się, jak rozwiązać problem czeczeński. A mam wrażenie, że mówił serio.

Grigorij Pasko, dziennikarz wojskowy w Władywostoku, ekolog. Cztery lata temu został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Japonii. W tym tygodniu ponownie stanął przed sądem.