Dyrektor odpowie za śmierć noworodków?

Trzech lat więzienia zażądał prokurator dla Jacka Suzina, byłego dyrektora szpitala im. Madurowicza. Prokuratura oskarżyła go o rażące zaniedbania, z powodu których zmarło 17 noworodków. - To wina braku pieniędzy na służbę zdrowia, a nie dyrektora - przekonywał w poniedziałek jego obrońca, domagając się uniewinnienia.

- To wina braku pieniędzy na służbę zdrowia, a nie dyrektora - przekonywał w poniedziałek jego obrońca, domagając się uniewinnienia. Wyrok zostanie ogłoszony w poniedziałek.

Synek Agnieszki Łyszczarek miał osiem tygodni, gdy zmarł z powodu zakażenia bakterią Klebsiella pneumoniae. - Urodził się w 34. tygodniu ciąży, ale był duży i mógł żyć. Osiem lat staraliśmy się o dziecko. Na szczęście urodziłam drugie dziecko, bo nie wiem, jakbym sobie z tym poradziła - mówiła matka.

Pani Agnieszka jest jedną z oskarżycielek posiłkowych w sprawie byłego dyrektora szpitala: - Chcę sprawiedliwego wyroku. Chcę, aby winni tych zaniedbań ponieśli karę.

Prokurator zażądał, aby Jacek Suzin na trzy lata trafił do więzienia i przez pięć lat nie mógł zajmować stanowisk kierowniczych w służbie zdrowia. Zdaniem prokuratury to jego bezczynność sprawiła, że w szpitalu w ciągu roku blisko 100 noworodków zarażono niebezpiecznymi drobnoustrojami. Ponad 40 dzieci miało posocznicę, a 17 zmarło. Na liście pokrzywdzonych jest aż 91 rodziców zmarłych lub zakażonych dzieci. Siedmioro zdecydowało się na rolę oskarżycieli posiłkowych.

Były dyrektor "Madurowicza" konsekwentnie nie przyznaje się do winy. - Wszelkie procedury dotyczące odkażania były zgodne z przepisami. Nie dostałem żadnego oficjalnego pisma od ordynatora czy pielęgniarki oddziałowej, aby procedury te nie były przestrzegane. Nie wykazały tego też kolejne kontrole sanepidu - mówił wczoraj w ostatnim słowie.

Jego obrońca Wojciech Woźniacki przekonywał, że wiele zarzutów, jakie stawia Suzinowi prokuratura, to wynik braku pieniędzy, a nie zaniedbań dyrektora: - Ratowanie noworodka na intensywnej terapii kosztuje nawet 30 tys. zł, a fundusz zdrowia płaci szpitalowi 7 tys. zł. Jeżeli nic się nie zmieni, dzieci nadal będą umierały.

Mówił też, że o szerzących się zakażeniach nie wiedział ani Suzin, ani jego zastępca ds. lecznictwa: - Nie miał żadnego sygnału, że w szpitalu pojawił się wróg w postaci groźnej bakterii. Gdy w końcu się dowiedział, wstrzymał przyjęcia, wywiózł dzieci i zamknął oddział. Dyrektor robił, co mógł, nie można mu zarzucić żadnych zaniedbań.

O zakażeniach w łódzkim szpitalu zrobiło się głośno w listopadzie 2002 r, kiedy w oddziale noworodkowym w ciągu miesiąca zmarło czworo dzieci zarażonych Klebsiella pneumoniae. Dyrekcja Madurowicza próbowała tłumaczyć, że doszło do nieszczęśliwego zbiegu okoliczności i że troje noworodków zaraziło się od matek. Prokuratura wszczęła śledztwo.

Okazało się, że bakterie wykryte u dzieci znaleziono w szpitalu. Biegli z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego przeanalizowali historię chorób z całego roku poprzedzającego śmierć czworga dzieci. Z ich opinii wynika, że w szpitalu z powodu infekcji dzieci umierały o wiele wcześniej, a ujawnione przez media przypadki to zaledwie wierzchołek góry lodowej. W szpitalu nie przestrzegano podstawowych zasad higieny. Nie było procedur zapewniających ochronę przed zakażeniami szpitalnymi, nie robiono dezynfekcji, a dyrekcja nie informowała sanepidu o przypadkach posocznicy, choć powinna to zrobić w ciągu 24 godzin. Jak ustalili biegli, groźne bakterie były przenoszone między oddziałami szpitalnymi. Wykryto je na oddziałach położniczym i intensywnej terapii noworodków.