Kolarz skazany za zderzenie z księdzem

Podczas górskiego maratonu kolarskiego zawodnik Paweł P. zderzył się z autem księdza, które pojawiło się na trasie rajdu. Sąd uznał, że winny jest kolarz, bo nie zachował należytej ostrożności. Teraz sprawą zajmie się Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

Przeczytaj: Nie otwieraj okien. Grasuje człowiek-pająk

Po zderzeniu z autem księdza Paweł P. przez pół roku był na zwolnieniu lekarskim. Wóz duchownego miał lekko pęknięty przedni zderzak. 8 stycznia sąd w Bielsku-Białej uznał, że winę za spowodowanie wypadku ponosi kolarz, ale odstąpił od wymierzenia mu kary. Paweł P. musi jednak zapłacić 130 zł kosztów sądowych.

Kolarz nie zgadza się z wyrokiem i zapowiada walkę o oczyszczenie z zarzutów. - Nie chodzi mi o pieniądze, ale o sprawiedliwość. Przecież organa ścigania nie mogą działać sprzecznie ze zdrowym rozsądkiem - tłumaczy P.

Górski maraton kolarski Intel Power Bike odbył się we wrześniu 2006 r. w rejonie Istebnej. Trasa przebiegała górskimi szlakami i drogami asfaltowymi. Na 300 metrów przed metą, na łuku drogi, jadący prawą stroną Paweł P. wjechał w renault clio prowadzone przez księdza Jacka W. Wiózł on na spotkanie z parafianami jednego z bielskich biskupów.

- Kiedy wyskoczyłem z zakrętu, widok auta na trasie rajdu tak mnie zaskoczył, że nie zdążyłem wyhamować - tłumaczy kolarz. Dodaje, że w chwili zderzenia wóz duchownego jechał i zajmował większą część jezdni. Nie miał więc szansy go ominąć. - Jakby tego było mało, ksiądz odjechał z miejsca zdarzenia jeszcze przed przyjazdem policji, a stan jego trzeźwości zbadano dopiero po trzech godzinach - mówi P.

Ksiądz Jacek W. zaprzecza, że uciekł. - Odwiozłem księdza biskupa do pobliskiego kościoła, po czym wróciłem na miejsce wypadku - tłumaczy. Przyznaje, że wiedział, iż na drodze odbywa się maraton kolarski. I zapewnia, że z tego właśnie powodu jechał bardzo powoli. - Kiedy zauważyłem nadjeżdżających kolarzy, zjechałem na pobocze drogi i zatrzymałem się - mówi duchowny. Powołany w tej sprawie biegły stwierdził jednak, że wóz księdza musiał stać wszystkimi kołami na asfalcie.

Paweł P. był przekonany, że policja o spowodowanie wypadku oskarży Jacka W. - Bo to przecież on wjechał na trasę imprezy sportowej - tłumaczy mężczyzna. Liczył też, że śledczy do odpowiedzialności pociągną organizatorów, którzy nienależycie ją zabezpieczyli.

Policjanci z Cieszyna uznali jednak, że winny jest wyłącznie kolarz. Ich zdaniem nie zachował on należytej ostrożności, czym spowodował zagrożenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

- Wewnętrzny regulamin maratonu mówił, że odbywa się on na drogach o nieograniczonym ruchu drogowym. Uczestnicy wiedzieli więc, że mogą spotkać samochody - tłumaczy Ireneusz Korzonek, zastępca naczelnika wydziału ruchu drogowego Komendy Powiatowej Policji w Cieszynie.

O braku ostrożności kolarza miał świadczyć zabezpieczony przez policjantów ślad po rzekomym tarciu siodełka po asfalcie. Miał dowodzić, że P. tuż przed zderzeniem z księdzem jechał środkiem, a nie poboczem drogi. Badający sprawę biegły stwierdził jednak, że siodełko podczas upadku jest dobrze chronione przez ramę i nie mogło zostawić takiego śladu. - Wersję księdza potwierdziło jednak kilku świadków - podkreśla naczelnik Korzonek.

- Ci ludzie to parafianie księdza W. i większość z nich pojawiła się dopiero parę dni po zdarzeniu - ripostuje Paweł P. Kolarz zarzucił policji oraz sądowi stronniczość i złożył skargę w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Została przyjęta. - Kiedy miejscowi adwokaci usłyszeli, że sprawa dotyczy proboszcza i biskupa, nie chcieli podjąć się reprezentowania moich interesów. To chyba o czymś świadczy - mówi P.

Ksiądz Jacek W.: - Jest mi przykro, że doszło do tego wypadku, ale nie mam sobie nic do zarzucenia.