Junta wyrzuca ofiary cyklonu z obozów

Birmańska junta zaczęła wyrzucać ofiary cyklonu Nargis z prowadzonych przez rząd obozów. Decyzję uzasadnia tym, że w swych dawnych domach ?ich sytuacja będzie bardziej stabilna?. Problem polega na tym, ze wielu z tych domów już nie ma.

- Będzie lepiej, jeśli przeniosą się do swych domów, bo tam ich sytuacja będzie stabilniejsza - powiedział rządowy urzędnik w jednym z obozów. - Tu zależą od darów i ich sytuacja nie jest stabilna.

Powiedział też mieszkańcom, że mają się wynieść ze swych namiotów w ciągu kilku godzin. Lokalni pracownicy pomocy twierdzą, że 39 obozów w okolicach Rangunu już zostało zlikwidowanych.

Birmańczycy mówią, że spodziewali się, że będą musieli w końcu opuścić obozy, ale mieli nadzieję na większą pomoc - każda rodzina otrzymała po dwadzieścia grubych bambusowych kijów i płótno nieprzemakalne, by odbudować swe domy.

W cztery tygodnie po uderzeniu cyklonu, według danych ONZ, mniej niż połowa z 2,4 mln ludzi poszkodowanych przez żywioł otrzymało pomoc od rządu lub międzynarodowych organizacji pomocy. Wśród pracowników pomocy krąży też plotka o tym, że likwidacje obozów rozpoczęły się też w najbardziej zniszczonej delcie Irawadi.

Batoniki czekoladowe są złe

Ewakuacje rozpoczęły się dzień po tym, jak rządowe media skrytykowały międzynarodowe organizacje pomocy domagające się dostępu do delty Irawadi przekonując, że ludność miejscowa poradzi sobie sama. "Ludzie z Irawadi poradzą sobie sami, bez czekoladowych batoników rozdawanych przez obce kraje" - pisała w komentarzu redakcyjnym rządowa gazeta.

Podejrzewa się, że jest to opinia rządzących Birmą najwyższych generałów, którzy do tej pory, mimo nieufności, pozwalali międzynarodowym organizacjom na działanie. Gazeta skrytykowała organizacje międzynarodowe za wielkość pomocy porównując ją z pomocą udzieloną Indiom po tsunami w 2004 roku.