Ten smród ma już siedem lat

Na osiedlu Łukasiewicza żyjemy jak na bombie ekologicznej. Kiedy tylko zrobi się cieplej, z pobliskich zakładów drobiarskich cuchnie nie do wytrzymania. Mijają lata, a nikt niczego z tym nie robi.

W piątek w redakcji rozdzwoniły się telefony. Powyżej zacytowaliśmy jeden z nich. Teraz drugi: - Od tego smrodu zbiera się na mdłości. To przychodzi falami. Np. dwa miesiące jest spokój, a potem przez kilka dni śmierdzi non stop - tak, że żyć się odechciewa. Znajoma, która mieszka dwa bloki dalej, twierdzi, że dłużej tak nie wytrzyma. Ucieka na Podolszyce.

Administracyjny ping-pong

Temat smrodu na Wielkiej Płycie powraca na łamy "Gazety" od - uwaga - 2001 roku.

Zaczęło się od pojedynczych sygnałów, w 2005 r. było już kilka, a nawet kilkanaście próśb o interwencję dziennie. Zrozpaczeni mieszkańcy masowo telefonowali też do ratuszowego oddziału ochrony środowiska. Urzędnicy odpowiadali im, że nie ma żadnych przepisów, które regulowałyby kwestie zapachowe i wskazywały jakiekolwiek normy.

Ale obiecali pomoc.

Wezwali na pomoc specjalistyczną firmę z Gdańska, która zbadała Sadrob (głównego "podejrzanego") i orzekła, co w zakładzie można naprawić. Ratusz w trybie decyzji administracyjnej nakazał firmie zastosować się do zaleceń. Zakład odwołał się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które uznało jego racje. Nakazało ratuszowi zająć się sprawą ponownie. Wtedy zaczęła się seria spotkań przedstawicieli firmy z urzędnikami, Wojewódzkim Inspektoratem Ochrony Środowiska, Wodociągami.

Sadrob wyliczał, że korzysta już ze zmodernizowanego, zhermetyzowanego i chłodzonego systemu magazynowania i dystrybucji krwi. Zapewniał, że ścieki i pomieszczenia oczyszczalni są dezodoryzowane. Tymczasem specjaliści z Gdańska przypominali o tłuszczach, które nie mogą zalegać w ściekach, o czyszczeniu kanalizacji przynajmniej raz w tygodniu i o nie dłuższym niż trzymiesięczne przechowywaniu sprasowanych osadów.

Cóż z tego, skoro wciąż zgłaszali się do nas udręczeni płocczanie. Prezydent Mirosław Milewski proponował nawet, by o smrodzie alarmować dyżurujących przez całą dobę pracowników Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego.

W końcu temat przycichł. Aż do teraz.

Znowu śmierdzi!

W okolicy Sadrobu mieszka Tomasz Korga, przewodniczący rady miasta. - Faktycznie, przez pewien czas był spokój. Niestety, problem powrócił - mówił w piątek "Gazecie". - Intensywny dokuczliwy odór nasila się zwłaszcza rano i wieczorem. Naprawdę nie wiem, dlaczego tego tematu nie można ostatecznie zamknąć.

Zgłoszenie o nieprzyjemnym zapachu dotarło też do magistrackiego oddziału ochrony środowiska.

- Nasi pracownicy od razu pojechali na miejsce - relacjonuje kierownik oddziału Alina Węgrzyn. - Nie stwierdzili niczego podejrzanego, tłumaczyli, że czuli jedynie zapach świeżo skoszonej trawy.

Węgrzyn podkreśla, że Sadrob stosuje się do wszystkich zaleceń urzędu miasta: - Produkcja, magazynowanie, kanalizacja, działają bez zarzutu, firma używa też zaawansowanych środków dezynfekujących i pochłaniających zapachy. Co kwartał przedstawia nam raporty z sytuacji w zakładzie, także o emisji zapachów. Nie ma w nich niczego niepokojącego.

Skąd więc odór, na który skarżą się czytelnicy?

- Może to z samochodów przywożących drób z ferm? - zastanawia się Alina Węgrzyn. - Chociaż z drugiej strony, wiem, że zakłady zorganizowały wszystko tak, by ciężarówki nie zjawiały się w Płocku w jednym czasie i nie stały zbyt długo w jednym miejscu.

- Przez całe lata odbieraliśmy sygnały od mieszkańców - Alinie Węgrzyn wtóruje kierownik płockiej delegatury Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska Andrzej Hasa. - Wytykaliśmy niedociągnięcia, wnioskowaliśmy o usprawnienia w technologii. Sadrob stosował się do naszych zaleceń. I w końcu telefony w tej sprawie ucichły. Przynajmniej u nas.

- Za to my od mniej więcej dwóch tygodni wciąż odbieramy telefony. Bywa, że kilka dziennie - informujemy.

- W takim razie w najbliższym czasie inspektorzy ochrony środowiska znów pojawią się w zakładzie - obiecuje Hasa. - Sprawdzimy, co tak śmierdzi i co jeszcze w tej sprawie można zrobić.

Dzwoń pod 262 56 21

- Przecież miało być lepiej - w sprawie nieprzyjemnego zapachu zatelefonowaliśmy też do samego Sadrobu.

- I jest - zapewnia wiceprezes ds. techniczno-produkcyjnych Stefan Roczeń. - Zakład jest po modernizacji, stosujemy się do wszystkich zalecanych procedur. Możliwości są dwie. Albo ten zapach w ogóle nie pochodzi od nas, albo zdarzyła się jakaś wpadka przy obsłudze przepompowni czy oczyszczalni ścieków. Owszem, oczyszczalnia także była modernizowana, ale czy widziała pani kiedyś oczyszczalnię, z której coś się od czasu do czasu nie wydostanie? W każdym razie obiecuję, że wszystko sprawdzimy.

Na wszelki wypadek poprosiliśmy w Sadrobie o numer telefonu, pod który mogliby dzwonić mieszkańcy osiedla. Tak, by zakład nie miał wątpliwości - kto i o jakich porach emituje przykre zapachy. I aby mógł szybko zareagować.

- Proszę bardzo - wiceprezes nie ma nic przeciwko temu. - Najlepiej dzwonić do naszych służb ochrony pod numer 024 262 56 21. Ten telefon jest czynny całą dobę.