Świecka sztuka podgryzania

Po dwóch meczach było 1:1. Po trzech meczach - i wygranych na wyjazdach - faworyci półfinałów znów prowadzą - teraz po 2:1. Ale czy mogą być pewni swego?

Piątkowo-sobotnie mecze numer trzy pokazały, że teoretycznie wszystko wraca do normy. Podział w tych półfinałach rysuje się bowiem w sposób jasny - w każdej parze jest faworyt (odpowiednio Turów i Prokom) i jest podgryzający go pretendent (Śląsk i Polpak). Dodałbym - podgryzający w tym sezonie w sposób bardzo efektowny.

Wrocławianie w pierwszej połowie piątkowego meczu dali popis twardej obrony i sprytu w ataku, więc zasłużenie prowadzili 13 punktami. W drugiej części nie potrafili jednak zatrzymać Turowa, który dokonał odpowiednich retuszy w sposobie gry i dość łatwo wygrał. Kłopot Śląska to nierówność (lub zawód) największych gwiazd. Słabo gra Jared Homan, środkowy z ambicjami sięgającymi NBA, który na razie nie radzi sobie z Dragisą Drobnjakiem. Kapryśna - nawet w trakcie jednego meczu - jest forma rozgrywających Rashida Atkinsa i Dawana Robinsona. A Torrell Martin po kontuzji błyszczy tylko w pojedynczych akcjach. Dlatego jadący równo i z sensem zgorzelecki czołg w tej rywalizacji dla mnie jest wyraźnym faworytem.

W Świeciu wszyscy głośno mówią, że na ich warunki i możliwości Polpak zdobył już w tym sezonie mistrzostwo świata. Pokonanie Anwilu w ćwierćfinale i jedno zwycięstwo nad Prokomem w Sopocie w półfinale rzeczywiście można tak odebrać, ale patrząc na boisko w sobotę, wcale nie było widać zadowolenia z osiągniętych celów. Także rzucając okiem poza parkiet, gdzie trener Mihailo Uvalin szalał bez ustanku, w upalnej atmosferze tracąc kolejne litry wody. Oj, on nie wygląda na kogoś, kto nie widzi szans na pokonanie mistrzów Polski, co zresztą podkreślał po meczu na konferencji prasowej.

Oczywiście, Polpak w sobotę przegrał, bo Prokom miał lepszych (bo droższych) zawodników, którzy w kluczowych akcjach wykorzystali swoje doświadczenie. Miał wprowadzającego spokój Igora Milicicia, miał twarde łokcie Jovo Stanojevicia pod koszem, miał niesamowicie opanowanego Donatasa Slaninę na obwodzie. Tego dnia nie mógł co prawda liczyć na Milana Gurovicia, ale punkty Serba okazały się niepotrzebne. Jednak Polpak cztery razy miał już w tym meczu ponad 10 pkt straty i za każdym razem doganiał sopocian. Za każdym razem coś wymyślił, za każdym razem coś wyrwał. Imponujące.

Zawodnicy Polpaku nie zawodzą, do żadnego z nich nie można mieć pretensji, każdy robi swoje. A ponieważ granie "swojego" w długiej serii play-off ma znaczenie, to zespół ze Świecia wydaje mi się być bliżej kolejnej wygranej nad mistrzami, która mogłaby doprowadzić do meczu numer 6, a potem może do meczu 7. A przy zagęszczeniu meczów półfinałowych (w tej parze kolejne zaplanowano na poniedziałek, czwartek, niedzielę i na koniec - środę) może to dać zadziwiające efekty. Ale czy podgryzanie świeckie może dać sensację i awans do finału? Na razie wątpię, ale w tę edycję Polpaku wątpić nie należy.

Zapraszam też na mój blog