Polscy żołnierze w ryzykownej operacji w Kongo

W Kongu zaczęła się największa w historii misja pokojową ONZ. W operacji uważanej przez wielu za mission impossible uczestniczą żołnierze z Polski

Jej uwieńczeniem mają być zapowiedziane na koniec lipca pierwsze od 40 lat wolne wybory - prezydenckie i parlamentarne - które mają zakończyć epokę wiecznych wojen, grabieży, rozboju, bezprawia oraz chaosu i pomóc temu krajowi z serca Afryki uwolnić się od wizerunku "jądra ciemności" nadanego mu jeszcze przez Josepha Conrada.

Najtrudniejsze zadanie

- Pod względem obszaru Kongo da się porównać do Europy Zachodniej, ale nie ma tu dróg ani kolei i na dobrą sprawę nie wiadomo, ilu ludzi tu mieszka, bo nikt nigdy ich nie liczył - mówi "Gazecie" amerykański dyplomata William Swing, szef misji pokojowej ONZ w Kinszasie.

Jego zdaniem "zorganizowanie w takich warunkach wyborów powszechnych to najtrudniejsze zadanie, z jakim kiedykolwiek mierzyła się wspólnota międzynarodowa". - Dlatego sprowadzono do Konga aż 17 tys. żołnierzy wojsk pokojowych ONZ - wyjaśnia.

Mniej więcej tylu żołnierzy potrzeba było, by kilka lat temu zaprowadzić porządek w kieszonkowym Sierra Leone znad Zatoki Gwinejskiej. Teraz tak samo liczny kontyngent ma zapewnić bezpieczeństwo w olbrzymim Kongu-Kinszasie, w którym wojny toczą się, odkąd w 1960 r. ogłosiło ono niepodległość.

Za rządów wyniesionego do władzy przez CIA prezydenta Mobutu Sese Seko (1965-97) Kongo-Kinszasa stało się synonimem kleptokracji. Rozkradany i zaniedbywany afrykański olbrzym powoli pogrążał się w upadku. Dżungla zarastała nieliczne drogi i tory kolejowe, nieopłacani urzędnicy, żołnierze i policjanci łupili Kongijczyków. Mobutu zaś napychał bankowe sejfy kradzionymi pieniędzmi, a dla rozrywki organizował igrzyska nawet tak ekscentryczne i drogie jak bokserska walka stulecia Mohammeda Alego z George'em Foremanem w 1973 r. na stadionie w Kinszasie.

Kiedy w 1996 r. na wschodzie kraju wybuchło nowe powstanie, Mobutu zabrakło w końcu pieniędzy nawet na wojnę z buntownikami. Ale i jego pogromca Laurent-Desire Kabila nie przyniósł Kongijczykom pokoju.

W 1998 r. wybuchła nowa, wielka wojna nazwana pierwszą afrykańską wojną światową. Wrogów Kabili poparły sąsiednie Uganda, Ruanda i Burundi, których wojska najechały na Kongo. Na odsiecz Kabili wojska posłały Angola, Namibia, Zimbabwe, Czad i Sudan. Okupowany i grabiony kraj rozpadł się na mające ze sobą coraz mniej wspólnego prowincje.

W 2001 r. zamordowany został sam Kabila, a władzę przejął jego syn, niespełna 30-letni Joseph, stając się najmłodszym przywódcą w Afryce.

W kongijskiej wojnie zginęły prawie 4 mln ludzi. Kres tej hekatombie położyli dopiero w 2003 r. dyplomaci z Afryki Południowej, Nigerii i ONZ, którzy wymusili wycofanie obcych wojsk, a kongijskich polityków i komendantów przekonali do zawarcia pokoju.

Zapowiedziane na koniec lipca, a wcześniej wielokrotnie przekładane wybory mają ten pokój przypieczętować.

Polacy w Kinszasie

- Jesteśmy tu nie tylko po to, by zapewnić pokój podczas wyborów, ale żeby je w ogóle przeprowadzić - mówi "Gazecie" William Swing.

Wojska ONZ nie tylko patrolują wciąż niespokojne wschodnie prowincje, nadzorują rozbrojenie i demobilizację dawnych partyzanckich armii, ale organizują lokale wyborcze, zapewniają łączność i transport. W dzień elekcji będą zbierać wyborcze urny z zagubionych w dżungli i sawannach wiosek i miast.

Obawiając się, że ogrom zadań przekroczy jej siły, ONZ poprosiła o pomoc Unię Europejską.

- Europa postanowiła zaangażować się w Kongu, gdyż kraj ten zagrażał bezpieczeństwu połowy Afryki - mówi francuski pułkownik Alexandre de Bordelius z misji wojskowej Unii w Kinszasie. - Zwiększamy też bezpieczeństwo Europy, chronimy ją przed napływem jeszcze większej fali nielegalnych imigrantów.

Poza finansowaniem samych wyborów (ponad pół miliarda dolarów) Unia postanowiła wysłać do Konga prawie 2 tys. żołnierzy, którzy mają wspomóc wojska ONZ - w poniedziałek zapadła w tej sprawie formalna decyzja. W europejskim kontyngencie znajdzie się ponad setka żołnierzy z Polski.

Polacy to głównie żandarmeria - mają przede wszystkim pilnować bezpieczeństwa tych, którzy będą czuwać nad wyborami, czyli żołnierzy z Francji i Niemiec (ich w kontyngencie będzie najwięcej). Połowa europejskich wojsk będzie czekać na rozkazy w Libreville, stolicy pobliskiego Gabonu. Druga połowa rozłoży się z obozem w Kinszasie - na podmiejskim lotnisku Njili i bazie wojskowej Ndolo. Tam zamieszkają Polacy.

Na podupadłym lotnisku Ndolo robotnicy dopiero zaczęli remontować pordzewiałe hangary i ryć ziemię pod przyszłe obozowisko. Zbuduje je belgijski przedsiębiorca budowlany Ivan Opdebeeck z Antwerpii, który w towarzystwie kongijskiego dowódcy bazy płk. Mozia Nzimy osobiście pogania robotników leniwie pracujących w upale. - Do końca czerwca zdążymy - zapewnia płk Nzima.

- Żołnierze z europejskiej misji będą interweniować tylko na prośbę dowództwa wojsk ONZ - mówi "Gazecie" płk de Bordelius. - Nasza misja upłynie z końcem listopada. Chyba że zostanie przedłużona, co jest raczej wątpliwe.

Czy zwycięzcy podzielą się władzą?

Przedłużenia pobytu w Kongu nie chce ani Unia, ani ONZ. Każdy rok operacji pokojowej kosztuje prawie miliard dolarów. Nikt nie chce słuchać przywódców kongijskiej opozycji, którzy domagają się kolejnego przełożenia terminu wyborów.

Katolickiego księdza Apolinaire'a Malu Malu, przewodniczącego finansowanej przez Unię niezależnej komisji wyborczej, opozycjoniści przezywają sługusem Europejczyków. - Cudzoziemcy wraz z Malu Malu zorganizują byle jakie wybory. A potem wyniosą się czym prędzej, a nas zostawią z kłopotami - prognozuje weteran opozycji Etienne Tshisekedi, który tak długo oskarżał Europę i ONZ o faworyzowanie obecnego prezydenta Josepha Kabili i tak długo straszył bojkotem wyborów, że nie zdążył się do nich zarejestrować.

- Już za późno, termin był jednakowy dla wszystkich i już upłynął - mówi "Gazecie" ks. Malu.

- Konsekwencją złych wyborów może być tylko nowa wojna - straszy Tshisekedi.

- Nie spodziewam się kłopotów przed wyborami. Ale mogą się one zacząć, jeśli I tura nie przyniesie rozstrzygnięcia i trzeba będzie poczekać aż na drugą, dopiero w październiku - mówi nam płk Antonio Martins, Portugalczyk, zastępca dowódcy misji wojskowej Unii Europejskiej w Kongu. - Pokonani w wyborach mogą nie chcieć uznać przegranej, a w obronie władzy i przywilejów wywołać nową wojnę.

Pochylając się zafrasowany nad mapą, Martins wskazuje wschodnie prowincje Ituri, Kivu i Katangę, gdzie wciąż grasuje kilkanaście tysięcy rebeliantów wszelkiej maści, a okradani przez dowódców żołnierze z tworzonej dopiero armii łupią wieśniaków, gwałcą kobiety, plądrują wsie. Powyborczy czas może okazać się też niespokojny w prowincjach Kasai, rodzinnych stronach Tshisekediego.

- Nie widzimy lepszego sposobu niż wybory, by uprawomocnić władzę, która pochodziła dotąd wyłącznie z grabieży i podbojów. Przekonujemy też sposobiących się do wyborów polityków, by jeśli je wygrają, dzielili się władzą także z tymi pokonanymi i w ten sposób najlepiej zabezpieczyli przed ich otwartym buntem - mówi płk de Bordelius. Choć przyznaje, że dotąd kongijskich władców cechowała raczej nie szczodrobliwość, lecz chciwość i bezwzględne okrucieństwo.