Dajcie tę kasę za pieprzone internowanie

Posadzono mnie z idiotami i fanatykami, z którymi przebywanie było dla mnie największą uciążliwością - mówił w piątek w sądzie Kajetan Tao Szatański, były internowany domagający się odszkodowania

Do sądu przyszedł w ciemnych okularach, bejsbolówce na głowie i kowbojskich butach. We wniosku napisał: "w tych pieprzonych więzieniach i psychiatrykach skończyłem się jako artysta, zgubiłem radość życia i sens istnienia na wiele lat".

Domagał się 25 tys. zł zadośćuczynienia, bo: "to nie tylko poprawiłoby mi samopoczucie, ale byłoby zastrzykiem finansowym, potrzebnym mi w obecnej sytuacji".

Podczas rozprawy sędzia kilkakrotnie upominała go, by zachował powagę i by nie krzyczał, kiedy opowiada o pobycie w zakładzie psychiatrycznym. Mimo to, a może właśnie dlatego, Tao Szatański, który w czasach pierwszej "S" był dziennikarzem opozycyjnych pism "Biuletyn Solidarności" i "Prawda", przekonywał sąd, że jest człowiekiem, który najbardziej na świecie ceni sobie wolność. - Skradziono mi rok życia. Zamknięto razem z ludźmi, którzy w większości są idiotami. Z "prawdziwymi Polakami", którzy pobili mnie za to, że w Wielki Piątek chciałem zjeść śniadanie, a podobno nie wolno było. Ja sam nie należałem do żadnej partii, do żadnej koterii, żadnego spisku, jedynie pisałem felietony, więc do mojego internowania nie dorabiam żadnej historii. Nie jestem bohaterem, tylko hipisem z jointem w ustach. Wniosek złożyłem, bo od roku jestem na chemioterapii, nie mam pracy i potrzebuję tych pieniędzy - mówił przed rozprawą.

Przed sądem najpierw wyjaśnił, że utrzymuje się z włóczenia po świecie. O aresztowaniu opowiadał krótko: - Dostałem wezwanie z SB. 14 grudnia poszedłem na komendę, a po roku wyszedłem.

Jakie były warunki internowania? - dopytywał sąd. - Ludzie czuli potężny strach, obawiali się nawet Sybiru, ale ja się nie bałem. Byłem nawet na specjalnych warunkach, bo wywalczyłem dla siebie osobny prysznic, toaletę, a w Wigilię specjalnie dla mnie otworzyli sklep, bym mógł kupić papierosy - chwalił się.

Jak znosił internowanie? - Jestem człowiekiem wolnym, szlachcicem w sensie intelektualnym, wychowanym na filozofii Wschodu. A oni mnie zamknęli z ludźmi, którzy byli nawiedzonymi fanatykami: politycznymi lub religijnymi. Więc największą uciążliwością byli dla mnie ludzie, z którymi musiałem przebywać - tłumaczył. Dodał, że podczas internowania nie pozwolono mu także pojechać na pogrzeb matki.

Domagał się maksymalnego odszkodowania za internowanie. - Skoro przewidziano 25 tys. zł, to niech będzie, choć dla mnie, człowieka, który nie wierzy w życie pozagrobowe, skradziony rok jest bezcenny. Ale jeśli sąd każe mi spadać na drzewo, to trudno - powiedział i za to ostatnie zdanie omal nie dostał od sądu kary.

Dostał za to 23 tys. zł. - Na tę sumę składa się okres internowania: niecałe 12 miesięcy, ale również to, że wnioskodawca został pobity i nie pozwolono mu uczestniczyć w pogrzebie matki. Sąd zwraca również uwagę na filozofię życia. Osoba o takich wolnościowych poglądach umiera wśród określonych osób, więc warunki internowania musiały być dla niej szczególnie uciążliwe - argumentowała sędzia Agata Menes.

W piątek przyznano również odszkodowanie dla Eugeniusza Głowickiego, pierwszego internowanego z Opolszczyzny, który zdecydował się złożyć wniosek o odszkodowanie. Sąd przyznał mu 11 tys. zł.