Dwa lata więzienia dla samozwańczego ginekologa

Sąd skazał w środę prezesa lubelskiej firmy budowlanej Jacka S., który testując kandydatki do pracy własnoręcznie robił im badania ginekologiczne w swoim gabinecie

Jacek S. sam zgodził się dobrowolnie poddać karze dwóch lat bezwzględnego więzienia. W środę nie było go na ogłoszeniu wyroku, bo odpowiadał z wolnej stopy. Areszt opuścił w lutym po wpłaceniu 50 tys. zł kaucji. 43-letni biznesmen został aresztowany w lipcu ubiegłego roku. Prokuraturę zawiadomiła jedna z uczestniczek rekrutacji. 22-letnia kobieta powiedziała śledczym, że odpowiedziała na ogłoszenie o pracę w firmie budowlanej kierowanej przez Jacka S. Została wezwana na rozmowę kwalifikacyjną po południu, kiedy w firmie nie było innych pracowników. Prezes powiedział, że jednym z etapów rekrutacji jest obowiązkowe poddanie się badaniu ginekologicznemu. Jacek oświadczył dziewczynie, że ma dyplom Akademii Medycznej w Lublinie i sam przeprowadzi badanie.

Kandydatka zgodziła się. Jacek S. rozłożył prześcieradło i na swoim biurku zbadał dziewczynę. Po wszystkim powiedział jej, że została przyjęta do pracy. Jednak kobieta odmówiła. Kilka dni później zabrała swoje dokumenty. Potem zgłosiła się do prokuratury. Funkcjonariusze, którzy zatrzymali Jacka S., znaleźli w jego samochodzie przyrządy lekarskie, prześcieradło i jednorazowe rękawiczki. Okazało się, że oprócz tej 22-letniej kobiety prezes firmy podstępnie "zbadał" też trzy inne kandydatki. Dyplom ginekologa był sfałszowany. Jacek S. w swoim biurze trzymał m.in. kilka kwestionariuszy osobowych młodych kobiet, które starały się o przyjęcie do pracy. W jego telefonie komórkowym śledczy znaleźli filmy z przeprowadzonych "badań".

W czasie śledztwa Jacek S. przyznał się do zarzutów, jednak nie potrafił wyjaśnić motywów swojego postępowania. Uzasadnienie ogłoszonego w środę wyroku było tajne. Jacek S. wróci do więzienia na rok i cztery miesiące, bo sąd zaliczył mu do kary osiem miesięcy, jakie spędził w areszcie.