Burza w Bajce. Rodzice kontra rodzice

Kilkudziesięciu rodziców dzieci z Przedszkola nr 31 broni oskarżonych o stosowanie przemocy nauczycielek. Chcą wynająć prawnika i walczyć o oczyszczenie ich z zarzutów.

Przypomnijmy: we wtorek do płockiej delegatury kuratorium oświaty wpłynęło zawiadomienie od trójki rodziców dzieci z Bajki, Miejskiego Przedszkola nr 31. Poinformowali, że opiekunowie stosują przemoc wobec maluchów z grupy integracyjnej. Zarzucili im przywiązywanie dzieci sznurkiem do krzesła i tzw. kapciowanie.

O sprawie pisaliśmy w artykule "Przemoc w przedszkolu? Rodzice oskarżają" .

Kuratorium natychmiast powiadomiło wydział edukacji urzędu miasta. Na tym nie koniec, bo rodzice przedszkolaków poszli też na policję. A ta zawiadomiła prokuraturę.

Jedni oskarżają, drudzy chwalą

W środę rano w przedszkolu rozpoczęły się wizytacje urzędników. O sprawie tymczasem mówiły już całe miasto i media. W TVN 24 Agnieszka Przedpełska, matka jednego z dzieci, tłumaczyła, że o dziwnym zachowaniu wychowawczyń dowiedziała się od syna.

Z jego opowieści wynikało, że dwie nauczycielki przywiązywały sprawiających kłopoty podopiecznych do krzeseł czerwonym sznurkiem albo zamykały ich w ubikacji. Matka zapewniała, ze dzieci badał psycholog, który potwierdził ich wersję. Jest pewna, że przedszkolne opiekunki zachowywały się agresywnie. Jednak przeważająca większość rodziców broni nauczycielek. Są przekonani, że w placówce nie działo się nic złego.

- Tu jest 123 dzieci, a zastrzeżenia zgłosili tylko rodzice dwójki - tłumaczy przedstawicielka rady rodziców Sylwia Stolarska. - I to takich, które chodzą do przedszkola dopiero od września. Nikt z nas nie zauważył, by działo się coś złego. Zarzuty dotyczą nauczycielek z oddziału integracyjnego, a maluchy z takiej grupy są bardzo wrażliwe na agresję, choćby słowną, więc na pewno poskarżyłyby się w domu.

Podobnego zdania są inne matki: Elżbieta Jaworek, Monika Mieszkowska, Katarzyna Chojnacka, Beata Kłosińska. Twierdzą one, że mają porównanie z innymi przedszkolami. I pod każdym względem Bajka wypada korzystnie. - Mój syn w poprzednim przedszkolu codziennie rano wpadał w histerię - opowiada jedna z mam. - Po przeniesieniu go do Bajki kłopoty minęły, jak ręką odjął. Żadnym problemem nie było nawet to, że jesteśmy wegetarianami. Teraz starszy syn chodzi już do drugiej klasy podstawówki i świetnie radzi sobie w szkole. Młodszego również wysłaliśmy do tego samego przedszkola.

- Moje bliźniaki przez długi czas były na ścisłej diecie - potwierdza inna z mam. - I nigdy nie spotkałam się z narzekaniem ze strony pracowników, że mają przez to więcej pracy.

- Moja córka porusza się na wózku - dodaje kolejna matka. - Czasami, kiedy dzieci jechały na wycieczkę, chciałam ją zatrzymać w domu. Ale wtedy za każdym razem nauczycielki przekonywały mnie, że dziecko należy do grupy i nie ma powodu, aby nie skorzystało z wyjazdu.

Prawnik będzie bronił przedszkola?

W podobnym tonie wypowiadali się matki i ojcowie, którzy wczoraj przyszli na zorganizowane przez radę rodziców spotkanie. Dotarło na nie kilkadziesiąt osób. Murem stanęli za oskarżonymi nauczycielkami i dyrekcją. Nie twierdzili, że żadna z sytuacji nie miała miejsca, ale nie nazywali tego przemocą.

- "Kapciowanie" polegało na tym, że wychowawczyni powiedziała: "Liczę do pięciu albo zdejmę kapcia" - tłumaczyli. - Ale nigdy nie uderzyła nim dziecka. Historia ze sznurkiem jest podobna. Zdarzyło się, że jakiś chłopiec rozrabiał, więc nauczycielka posadziła go na krześle. Kiedy zażartował: "Musi mnie pani przywiązać", ta zrobiła tak za pomocą szarfy. Ale my odbieramy to jako rodzaj zabawy. Gdyby w przedszkolu działo się coś złego, każdy z nas by to zauważyłby. Dziecko nie szłoby tak chętnie do przedszkola, w którym jest bite. One są przywiązane do tego miejsca i nauczycieli, ale na pewno nie sznurkiem.

Niestety, na spotkanie nie przyszli rodzice, którzy wysunęli oskarżenia. - Jeżeli ktoś stawia tak poważne zarzuty, powinien przyjść i przedstawić swoje stanowisko - podkreślali obecni.

Ustalili ostatecznie, że w najbliższych dniach wynajmą prawnika. Chcą, by osoby, które rozpętały burzę, przeprosiły publicznie nauczycielki i dyrekcję. Jeśli tego nie zrobią, sprawa trafi do sądu.

Urzędnicy badają sprawę

Tymczasem Aleksandra Jadczak, wicedyrektor płockiej delegatury kuratorium, informuje, że wizytacje w przedszkolu nadal trwają. - Z dotychczasowych ustaleń wynika, że dyrektor przedszkola potwierdziła jednorazowy fakt przywiązania dziecka do krzesełka oraz dyscyplinowania za pomocą kapcia. Obecnie sprawdzane są okoliczności i motywy zachowania nauczycielek.

Jadczak dodaje, że ze względu na dobro osób, których sprawa dotyczy, nie może powiedzieć więcej na ten temat. - Na razie przeprowadzono rozmowy z dyrektorem przedszkola i jedną z wychowawczyń. Badana jest również dokumentacja - wyjaśnia.

Urząd miasta również nie podaje więcej informacji, tłumacząc, że kontrola cały czas trwa.

- Decyzje będziemy w stanie podjąć dopiero po jej zakończeniu - mówi Magdalena Grodecka, rzecznik prezydenta. - Materia jest wyjątkowo delikatna, ponieważ problem dotyczy dzieci. Dotąd udało się ustalić, że - jak twierdzi jedna z nauczycielek - wszystko odbywało się w formie zabawy polegającej na przywiązywaniu ochotników szarfą i tzw. kapciowaniu. Takie metody mogą jednak zostać uznane za nie do przyjęcia, zwłaszcza w grupie integracyjnej, gdzie przebywają dzieci niepełnosprawne. Ich reakcja może być bardzo różna. Jeśli potwierdziłyby się wstępne zarzuty, to zostaną zastosowane najwyższe kary, czyli zwolnienia dyscyplinarne.

Do czasu wyjaśnienia sprawy Beata Poprawa, dyrektor przedszkola, nie chce się wypowiadać.