Podpalił, żeby mieć co gasić

Nie miał na prezent dla dziewczyny. Podpalił stodołę. Później pobiegł do jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej i wspólnie z innymi strażakami bohatersko gasił pożar. I tak trzy razy.

Wszystkie pożary zdarzyły się w Studziankach pod koniec lutego. "Przedsiębiorczy" ochotnik nie działał sam. W podpaleniach pomagał mu kolega. Obaj mają 18 lat i obaj mieszkają w Studziankach.

- Z naszych ustaleń wynika, że podpalali stodoły po wspólnej libacji. Taki znaleźli sposób zarobku na kolejne piwo lub inne wydatki. Mężczyźni wiedzieli, że dostaną po dziesięć złotych za każdą godzinę akcji gaśniczej, kalkulowali, czy im się to opłaca - opowiada Marta Rodzik z białostockiej policji.

Mieszkańcy Studzianek odetchnęli z ulgą. Teraz zastanawiają się, jak to możliwe, aby ich sąsiedzi byli podpalaczami.

Pierwsza stodoła spłonęła 21 lutego, kolejne 26 i 27. Wszystkie wieczorem. Z budynków zostały tylko zgliszcza.

- Pożary o tej samej porze, podobne obiekty - już wtedy Andrzej Sutuła, komendant gminny Ochotniczej Straży Pożarnej w Wasilkowie nie miał wątpliwości. - To nie mógł być zbieg okoliczności, tylko podpalenia.

Budynki spłonęły z całą zawartością. Straty sięgnęły kilkadziesięciu tysięcy złotych.

Mężczyznom za podpalenie grozi od roku do dziesięciu lat pozbawienia wolności.