Eugeniusz Mróz wspomina przyjaciela, Jana Pawła II

U schyłku swojej drogi dziękuję Bogu, że dane mi było w młodości, gdy kształtował się mój charakter, być blisko Lolka

To dzięki niemu doceniłem wartość piękna, dobra rodziny, życia doczesnego. Dzięki niemu łatwiej było znosić cierpienia. Każdy z nas, jego kolegów z gimnazjum, mógł liczyć na wsparcie duchowe i modlitwę. Lolek odpisywał na każdy list, co nas krzepiło, dodawało otuchy. Gdybym nie spotkał Lolka, moje życie byłoby o wiele uboższe

Dom rodzinny

Mój ojciec był urzędnikiem skarbowym i w styczniu 1935 r. został przeniesiony z Limanowej, gdzie się urodziłem, do Wadowic - typowego miasteczka urzędniczego, z niewielką ilością zakładów, liczącego ok. 8 tys. mieszkańców. Zamieszkaliśmy w tej samej kamienicy, co Karol Wojtyła. Od półrocza piątej klasy zacząłem uczęszczać do wadowickiego Gimnazjum im. Marcina Wadowity. W tej samej klasie uczył się Lolek, jak nazywaliśmy Karola. Odtąd zaczęło się 70 lat trwające koleżeństwo i przyjaźń. Często odwiedzaliśmy się.

Mieszkanie Wojtyłów składało się z kuchni i dwóch pokoi. W narożnym, po śmierci w kwietniu 1929 roku Emilii - matki Lolka, powstała domowa kapliczka. Stracił on też brata Edmunda w grudniu 1932 roku. Wychowaniem zajął się ojciec. Gdy przychodziłem do nich, zastawałem emerytowanego porucznika 12. pułku piechoty przy pracach domowych; przygotowaniu śniadań, kolacji, praniu, sprzątaniu. Lolek w tym oczywiście pomagał.

Na obiady chodzili do jadłodajni Alojzego i Marii Banasiów. Ulubionymi potrawami Lolka, które także w czasach watykańskich lubił spożywać były: żur ze skwarkami i ziemniakami, kwaśne mleko z ziemniakami, kasza gryczana, pierogi ruskie i flaczki, z których słynęły Wadowice.

Ojciec wychowywał go twardą ręką, ale przy tym bardzo go kochał. To nie była tylko miłość synowsko-ojcowska, ale autentyczna przyjaźń. Dzień zaczynali modlitwą, także przed jedzeniem i po jedzeniu. Rano śpiewali godzinki. Dzień kończyli modłami. Przy wyjściu z mieszkania znajdowała się kropielniczka, gdy wychodzili, czynili znak krzyża. Karol był ministrantem i przewodniczył kółku ministrantów przy parafialnym kościele pw. Zwiastowania NMP.

Czasy gimnazjum

Chodziliśmy do gimnazjum neoklasycznego, gdzie uczyliśmy się łaciny, greki oraz języka niemieckiego. Lolek był znakomitym uczniem. Otrzymywał najwyższe noty. Cechowała go wielka pilność i obowiązkowość. Miał zasadę, że nie dawał odpisywać i nie podpowiadał. Mówił, że jeżeli mamy kłopoty z nauką, to żebyśmy przychodzili do niego, a on nam pomoże. I kilku kolegów korzystało z jego pomocy.

Karol miał też taką zasadę, że chociaż pierwszy napisał klasówkę, to nie wychodził z klasy. Czekał aż ostatni kolega napisze, po to, aby nie deprymować innych.

Byliśmy zwartą klasą. W większości synami urzędników; wśród nas było trzech kolegów pochodzenia żydowskiego. Lolek wszystkich traktował jednakowo, bardzo przyjaźnie i serdecznie. Nie dawał odczuć, że góruje nad nami wiedzą, zdolnościami, pilnością, szerokimi zainteresowaniami, szlachetnością.

Jego pasją był teatr. Grał w wielu sztukach klasycznych z repertuaru Sofoklesa. Wcielał się w role stworzone przez Słowackiego, Fredrę, Wyspiańskiego. Uwielbiał poezję Norwida, którą często recytował. Nas ona męczyła, bo była niezrozumiała. Pamiętam, że gdy miała być wystawiona "Balladyna" Lolek grał Kirkora. Tuż przed premierą jeden z kolegów, który odtwarzał rolę von Kostryna, zachorował. To groziło klapą, więc Lolek zgłosił się do reżysera, że on odegra także i tę rolę, bo nauczył się jej podczas prób. I rzeczywiście odegrał. To pokazuje jego pasję i talent.

Z anegdot teatralnych dodam, że podczas jednej ze sztuk zauważyliśmy, że Lolek ma gołą piętę, czego w scenariuszu nie było. W następnym akcie wszystko było normalnie. Okazało się, że zamalował piętę atramentem.

Jak każdy z nas Lolek lubił sport. Zamiłowanie, szczególnie do gry w piłkę nożną, zaszczepił w nim starszy od niego o 14 lat brat Edmund. Zabierał on Lolusia na mecze, stawiał kilkuletniego braciszka za słupek na bramce.

Później Lolek grał najpierw jako obrońca, nazywaliśmy go Martyną (znakomity obrońca lwowskiej Pogoni), potem już stale był bramkarzem, a że bary miał szerokie, zasłaniał pół bramki. W mieszkaniu grał z ojcem w "szmaciankę".

Wspomagał też drużynę żydowską. Był dobrym bramkarzem, ale zdarzało mu się puścić gola. Wtedy starsi koledzy nieraz go rugali. Gdy po wielu latach spotkaliśmy się z nim w Watykanie, śmiał się na te wspomnienia.

Z kolei zamiłowanie do górskich wędrówek zaszczepił w nim ojciec. A góry były blisko, bo Wadowice leżą na skraju Beskidu Małego. Z czasem rozpoczęły się także dłuższe wyprawy w Gorce, Pieniny, Tatry. Pamiętam, że w 1937 roku było obchodzone Święto Gór w Zakopanem. Pojechałem tam z Lolkiem i z jego ojcem. W piękny dzień wybraliśmy się zdobyć Giewont. Na Czerwonych Wierchach niespodziewanie wpadliśmy w wielką mgłę. Ojciec Lolka szedł przed nami i rozpłynął się w tej mgle. Wołaliśmy go, szukaliśmy, lecz bez skutku. Lolek padł na kamienie i zaczął modlić się o ojca, w czy ja mu towarzyszyłem. Z wielkim niepokojem wróciliśmy do pensjonatu, a tam jego ojciec czekał na nas z herbatą.

Po maturze

Ostatni raz w szkolnych ławach spotkaliśmy się 15 maja 1938 roku. Otrzymaliśmy świadectwa dojrzałości i rozeszliśmy się w różne strony. 21 kolegów otrzymało powołanie do odbycia służby wojskowej w szkołach podchorążych. Pozostali rozpoczęli studia wyższe lub podjęli pracę. 22 brało udział w wojnie obronnej w 1939 roku: 12 - w walkach na Zachodzie, 5 - pod Monte Casino, pozostali w kraju w AK. 10 kolegów oddało swe młode życie za wolność Polski. Była to największa danina krwi spośród wszystkich roczników maturzystów założonego w 1886 roku wadowickiego gimnazjum.

Lolek we wrześniu 1938 roku przeniósł się do Krakowa, gdzie zaczął studiować na Wydziale Filozoficznym polonistykę. Chciał zostać aktorem i zapewne byłby znakomitym mistrzem sztuki teatralnej.

Pierwsze nasze spotkanie po wojnie nastąpiło w 10-lecie matury w lipcu 1948 roku z inicjatywy Lolka. Nie wszystkie szkolne ławy się zapełniły. Sama uroczystość nasuwa w mej pamięci piękne obrazy: msza św., wizyta w szkolnych murach, wspólny obiad, spacer nad Skawę. Te wspólne spotkania stały się odtąd tradycją. Początkowo spotykaliśmy się co trzy lata, później co dwa, zazwyczaj w ostatnią niedzielę grudnia. W końcu Lolek powiedział: "Chłopcy, starzejemy się. Trzeba spotykać się co roku."

Gdy został biskupem, zapraszał nas do swej rezydencji - Pałacu Biskupów w Krakowie. W 1966 r. w setną rocznicę powstania wadowickiego gimnazjum, mieliśmy mieć zjazd wszystkich żyjących absolwentów szkoły. Władze reżimu komunistycznego zabroniły obchodów. Mimo to zebraliśmy się.

16 października 1978 roku byłem na działce u syna Jerzego, gdy usłyszałem w radio informację, że kolegium kardynalskie wybrało papieża Polaka. Łzy napłynęły mi do oczu. Wróciłem do domu. Rozdzwoniły się telefony. Między przyjaciółmi wymieniliśmy się swymi radosnymi odczuciami. Ogromnie radowaliśmy się, że jeden z nas, nasz przyjaciel, zaszedł tak wysoko, stając się namiestnikiem Chrystusa.

Z zastępcą św. Piotra, naszym kolegą Lolkiem - Janem Pawłem II, po raz pierwszy spotkaliśmy się w czerwcu 1979 roku, w Wadowicach, podczas jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny. Poza oficjalnym programem Ojciec Święty wymknął się swoim strażom i spotkaliśmy się na zapleczu miejscowej plebani. Byliśmy bardzo usztywnieni, bo spotkaliśmy się z najwyższym autorytetem świata. Daliśmy mu bukiet biało-czerwonych róż. Wspominaliśmy dawne lata. Powiedział do nas: "Chłopcy, przyjeżdżajcie do mnie, macie zapewniony wikt i kwaterunek". Więc we wrześniu 1979 roku pojechaliśmy do Watykanu.

Na koleżeńskich spotkaniach maturzystów z 1938 r. wspominaliśmy naszych wspaniałych profesorów, kolegów, śpiewaliśmy nasze ulubione piosenki harcerskie, góralskie, a ja przygrywałem na harmonijce. Na zakończenie tych urokliwych, przepojonych więzami koleżeństwa i przyjaźni spotkaniach recytowaliśmy słowa poety rzymskiego z I wieku p.n.e. Albiusa Tibullusa, przyjaciela Horacego i Wergiliusza:

"Casta placent superis, pura cum veste venite, et manibus puris, sumite fantis aquam" (To, co czyste podoba się Najwyższemu, przybywajcie z szatą czystą i rękoma czystymi, czerpcie wodę ze źródła).

Ta inskrypcja witała nas w westybulu wadowickiego gimnazjum, była dla vademecum, zachętą do nauki w prawdzie.

Ostatnie spotkanie

Ostatni raz spotkaliśmy się w sierpniu 2002 r. w Krakowie podczas ósmej pielgrzymki Naszego Wielkiego Rodaka do ojczystego kraju. Przy wspólnej wieczerzy siedział na wózku. Spotkanie z udziałem 14 osób było jak zawsze ciepłe, bardzo serdeczne. Ale nie było już jak dawniej radosnej atmosfery. Nie śpiewaliśmy naszych piosenek z lat młodości, nie grałem na harmonijce. Ze smutkiem zdawaliśmy sobie sprawę, że odchodzi od nas na zawsze, że to ostatnie już z nim spotkanie. Powiedziałem wówczas: w 2006 roku minie 65 lat od naszej wadowickiej matury i że byłoby miło spotkać się w Krakowie, w Wadowicach czy w Watykanie.

Lolek odpowiedział wyraźnie zadowolony: "Zobaczymy. Jak Bóg da."

Potem widzieliśmy, jak walczy ze swoją słabością, aby do końca służyć Kościołowi. Nie zapomnę jego ostatniej Wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej, kiedy siedział z krzyżem w rękach w swojej kaplicy, pochylony, zatopiony w modlitwie.

Ten słaby, chory człowiek swoim cierpieniem przemawiał do nas bez słów, przemawiał swoją postawą. Umiał cierpieć. Umiał zapomnieć o sobie. Służył do końca. Nawet resztkami sił.

W marcu 2005 roku otrzymałem od Jana Pawła II list z życzeniami i błogosławieństwem na Święta Zmartwychwstania Chrystusa.

Drogi Gienku,

Bardzo Ci jestem wdzięczny za duchową łączność w modlitwie w intencji mego powrotu do zdrowia. Wszystko w rękach Boga. Także Twego syna Jerzego polecam Matce Bożej Uzdrowienia Chorych. Dziękuję za przysłane dawne fotografie.

Odwzajemniam życzenia świąteczne. Będziemy się łączyć w przeżywaniu Wielkiego Tygodnia, zwłaszcza Wielkiego Czwartku. Życzę głębokiego udziału w Tajemnicy Męki i Zmartwychwstania Pańskiego, z których płyną łaski, wzbogacające siły ducha a codzienny trud

Niech Maryja napełni serce miłością, pokojem i ufnością w jej opiekę.

Serdecznie pozdrawiam i błogosławię całą Twoją Rodzinę.

Jan Paweł II, Watykan, Wielkanoc 2005

W dniu pogrzebu Jana Pawła II 8 kwietnia 2005 roku wybrałem się z przyjaciółmi na Górę Św. Anny. Tu w czerwcu 1983 roku nasz Wielki Rodak Jan Paweł II gościł w sanktuarium franciszkańskim, uczestnicząc z ludem śląskim w uroczystych nieszporach.

U stóp jego pomnika zapaliłem lampkę, złożyłem wiązankę kwiatów i zagrałem cicho mu na harmonijce.

Eugeniusz Mróz

urodził się w 1920 roku w Limanowej. Aż do matury w 1938 roku uczęszczał do jednej klasy z Karolem Wojtyłą w wadowickim gimnazjum neoklasycznym. Żołnierz Armii Krajowej. Od 1945 roku mieszka w Opolu. Z wykształcenia jest prawnikiem.