Sposób na wyjście z grupy podczas Euro? Unikaj nagłej śmierci

Są w kadrze Leo Beenhakkera piłkarze ważni i ważniejsi, ale porzućmy mit jednostkowego bohatera. Jeśli przeciętnie zagra pół drużyny, to wszyscy będą wracać z Euro do domów, zanim zdążą się rozpakować.

Beenhakker: Mam pretensje do piłkarzy

Porażka z USA bezcenna, pisze Rafał Stec na blogu

Przygnębienie wywołane porażką 0:3 z Amerykanami jest uzasadnione, bo na tle solidności polscy piłkarze wyglądali jak początkujący uczniowie alfabetu i tabliczki mnożenia. Gracze Leo Beenhakkera zaprzeczyli niemal wszystkim atutom, dzięki którym eliminacje Euro 2008 zakończyli zwycięstwem - odpowiedzialności, ambicji i koncentracji mieli przecież w grupie A najwięcej.

Można się oczywiście pocieszać, że z USA przyzwoicie wypadł Lewandowski, a przeciętny Matusiak był lepszy od "nieobecnego" Brożka, ale o popularnych przed meczem analogiach do starcia z Niemcami na Euro 2008 zapomnijmy natychmiast - oni z przeciwnikiem klasy USA wygrali w środę 4:0.

Oglądając spotkanie Szwajcaria - Niemcy, jeszcze raz można się było przekonać, jak bardzo pierwszym rywalom polskich piłkarzy na Euro 2008 odpowiada gra z kontrataku. Szwajcarzy wytrzymali do 23. minuty, a potem, gdy musieli "gonić" wynik, znaleźli się w ślepej uliczce. Zostawili Niemcom na swojej połowie mnóstwo miejsca, tracili siły, nadzieję i kolejne gole.

To samo w zasadzie działo się w Krakowie: w rolę Szwajcarów wcielili się Polacy. Amerykanie "odegrali" Niemców, choć nie zdobywali kolejnych bramek z kontry, ale po stałych fragmentach. Mogli jednak spokojnie ustawić ośmiu piłkarzy w obronie i patrzeć, jak próbujący odwrócić nieuniknione Polacy szamoczą się pod ich bramką, w ogóle jej nie zagrażając.

Oczywiste jest, że przy tak fatalnym kryciu mecz z Niemcami przegrany zostanie po pierwszym rzucie wolnym lub rożnym. Polscy piłkarze mogli grać świetnie z Portugalią lub Czechami, jeśli to rywal pierwszy się mylił, ale sami odrabiać strat nie są w stanie. Dlatego pierwszego błędu muszą się wystrzegać jak nagłej śmierci. Zwłaszcza z kimś takim jak Niemcy - rywalem wyrachowanym i zdyscyplinowanym w stopniu znacznie większym niż Amerykanie.

Sześć lat temu miałem okazję oglądać na własne oczy zszokowanego amerykańskiego pomocnika Claudio Reynę, który po ćwierćfinale mundialu Niemcy - USA zachodził w głowę: "Jak to jest, że przez 85 minut byliśmy lepsi, a oni wygrali?". Polacy lepiej znają fenomen niemiecki - drużyny, która znajduje się w dwóch stanach: albo jest pod względem efektywności perfekcyjna, albo tej perfekcji bliska.

Jeśli chodzi o drużynę Beenhakkera to nie ma szans, by dwóch czy trzech piłkarzy wystarczyło do wygrywania na mistrzostwach. W drugiej połowie sparingu z USA na boisku pojawił się bohater eliminacji Ebi Smolarek, ale nie był w stanie zrobić już nic. Zło zaczęło się od głupiego błędu w kryciu w 12. minucie i okazało się nieodwracalne dla Lewandowskiego, Krzynówka oraz Smolarka. Są w drużynie Beenhakkera piłkarze ważni i ważniejsi, ale porzućmy mit jednostkowego bohatera. Jeśli przeciętnie zagra pół drużyny, to wszyscy będą z Euro wracać do domów, zanim zdążą się rozpakować.

Wszyscy, bez wyjątku muszą zagrać w czerwcu życiowe mecze. Zwłaszcza że rywale umiejętności mają wyższe i to Polacy muszą zachodzić w głowę, jak wyrównać szanse.

Za 71 dni zaczyna się dla nas Euro 2008. Nie wiem, czy nasi piłkarze będą silni, ale zwarci i gotowi być muszą. Inaczej skopiują scenariusz z dwóch ostatnich mundiali. Nawet jeśli tak doświadczony trener jak Leo Beenhakker stanie na rzęsach.

Dlatego tak ważne jest, by Polacy potraktowali mecz w Krakowie jako solidną naukę. Jeśli uznają, że to wypadek przy pracy, będą zgubieni.