Lekarze musieli amputować nogę

Dramat na alpejskim stoku. Czy można było uratować nogę Matthiasa Lanzingera, który uległ wypadkowi podczas supergiganta w norweskim Kvitfjell?

W niedzielę 27-letni Austriak mknął 100 km/godz. po stoku Olympiabakken po punkty alpejskiego Pucharu Świata, ale stracił równowagę na jednym z ostatnich skoków. Przeleciał kilkadziesiąt metrów, wpadł na bramkę, która jeszcze dodatkowo go obróciła i uderzył w ziemię, koziołkując kilkanaście razy. Zatrzymał się dopiero w siatce zabezpieczającej trasę. Już w telewizyjnych powtórkach było widać, że Lanzinger złamał lewą nogę, bo wykrzywiła się w nienaturalny sposób. Do środy filmy z upadkiem Lanzingera na YouTube obejrzało ponad milion ludzi. "Makabra. Biedny chłopak" - to najczęstsze komentarze.

W niedzielę wieczorem nie zanosiło się jeszcze na tragedię. Wypadki na stoku się zdarzają. Na początku sezonu broniący Pucharu Świata Norweg Aksel-Lund Svindal stracił w Beaver Creek kilka zębów, złamał nos, kość policzkową i wbił sobie krawędź narty w udo na 15 cm. - Wrócę i znów będę wygrywał - powiedział jednak kilka dni po wyjściu ze szpitala.

Z Lanzingerem było inaczej. Gdy Austriak trafił do szpitala w Oslo, okazało się, że jego stan jest krytyczny. Złamanie było bardzo skomplikowane, naczynia w nodze zostały zniszczone i przestały pompować krew do stopy. Pojawiło się zagrożenie życia. Początkowo Austriacy chcieli przewieźć narciarza do kliniki w Salzburgu, gdzie w 2001 r. uratowano przed amputacją nogę Hermanna Maiera, ale stan Lanzingera nie pozwalał na transport. Trzeba było działać szybko. Norwescy lekarze przeprowadzili dwie operacje, ale nogi nie uratowali. - Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy amputować poniżej kolana, żeby ratować życie - wyjaśniali chirurdzy. We wtorek stan Lanzingera poprawił się, w ciągu kilku dni ma wrócić do ojczyzny.

Austria od trzech dni żyje losem alpejczyka. Doniesienia o stanie jego zdrowia nie schodzą z pierwszych stron gazet. Kilka tysięcy osób dodawało mu otuchy, wpisując się na jego stronie internetowej. Sponsorzy zaoferowali już "wszelką możliwą i bezterminową pomoc".

Austriackie media nie zostawiają suchej nitki na Norwegach, którzy - ich zdaniem - źle zabezpieczyli trasę. W jej pobliżu nie było helikoptera. Lanzinger trafił do szpitala z opóźnieniem, bo czekał, aż organizatorzy wypożyczą prywatny śmigłowiec turystyczny. - Brak wystarczających środków bezpieczeństwa był szokujący. W takich warunkach nie powinno się organizować zawodów - mówi kanclerz Austrii Alfred Gusenbauer.

Zgodnie z przepisami Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) Norwegowie nie mieli jednak obowiązku posiadania własnego helikoptera, mogli go wypożyczać. Ataki austriackiej prasy łagodzą też lekarze z tego kraju, którzy odwiedzili Oslo i zapoznali się z przebiegiem akcji ratowniczej. Ich zdaniem nogi nie dałoby się uratować, nawet przy natychmiastowym transporcie. FIS i austriacka federacja zapowiedziały jednak wnikliwe śledztwo.

Skutkiem wypadku Lanzingera będzie też pewnie powrót dyskusji o bezpieczeństwie. Czy trasy powinny być łagodniejsze? Z mniejszą liczbą skoków? Może przed supergigantami powinny być treningi (jak do zjazdów)? Takie dyskusje wracają jak bumerang po tragicznych wypadkach. Tak było po śmierci Ulrike Maier, Gernot Reinstadler, Regine Cavagnoud czy po tym, gdy Stefano Beltramelli trafił na inwalidzki wózek. Bezpieczniej się jednak nigdy nie zrobiło. W tym roku było już 30 upadków w PŚ.

- Cały ten sport to hipokryzja. Wymagacie od nas nieludzkiego wysiłku, balansowania na krawędzi życia, a oburzacie się na słowo doping albo że domagamy się czasem więcej pieniędzy za naszą ciężką pracę - skwitował dwa lata temu pracę FIS Amerykanin Bode Miller, dziś lider PŚ.