Lubin i Bełchatów - bohaterowie jednego sezonu

W poprzednim sezonie Zagłębie Lubin i GKS Bełchatów do ostatniej kolejki walczyły o mistrzostwo Polski. Rok później znów jest głośno o obu klubach, tyle że już nie z powodów sportowych.

Oba kluby mają ze sobą wiele wspólnego - po pierwsze - mieszczą się w niewielkich miastach, po drugie - wyróżniają się stabilnością finansową, po trzecie - zapewniają ją bogaci właściciele, którymi są wielkie firmy należące do skarbu państwa. Teraz doszło jeszcze jedno - po wielkim sukcesie obie spuściły z tonu i - jak mówią niechętni im - wróciły na swoje miejsce. Dlaczego?

Choćby z tego powodu, że po sukcesach nie wzmocniły się. Do Lubina przyszło kilku zawodników, ale żaden nie okazał się poważnym wzmocnieniem. W Bełchatowie poszli inną drogą - starając się za wszelką cenę zatrzymać wszystkich graczy, podniesiono im kontrakty, często o prawie 100 proc. Nie wszystkim to posłużyło, bo Paweł Strąk był jesienią cieniem zawodnika z poprzednich rozgrywek, choć zarabia teraz grubo ponad 100 tys. euro rocznie. Podobnie jest z Dawidem Nowakiem. Jest też inna prawda - ani Zagłębie, ani GKS nie skuszą gwiazd, jeśli tylko dostaną one podobną ofertę z klubu o większej renomie, jak Wisła Kraków czy Legia Warszawa.

Ostatnio o Zagłębiu i GKS dużo się mówiło i pisało, a przyczyną nie były wielkie transfery. Klub z Lubina został bowiem zdegradowany z ekstraklasy za korupcję sprzed lat i wiosną gra tylko o prestiż. Chociaż trener Rafał Ulatowski podkreśla, że drużyna ma przed sobą ambitny cel - Puchar Polski. - Chcemy go zdobyć - deklaruje. Ale perspektywa gry w II lidze już teraz zniechęciła do pozostania Wojciecha Łobodzińskiego, który postanowił skorzystać w zawartej w kontrakcie klauzuli odstępnego i przeszedł do Wisły Kraków.

O Bełchatowie było głośno z powodu dotychczas zupełnie nieznanego w tym klubie. Bo mimo że wszystkie udziały w sportowej spółce akcyjnej należą do Kopalni Węgla Brunatnego "Bełchatów", to dotychczas polityka nie miała wielkiego wpływu na sport. Jeśli zmieniano prezesów, to z powodów merytorycznych. Szefowie kopalni raczej nie wtrącali się do spraw sportowych, a jeśli już, to robili, to dyskretnie.

Tym właśnie GKS różnił się od Zagłębia, gdzie po każdej zmianie rządu i zarządu KGHM pojawiali się nowi szefowie klubu. Teraz też pozycja powiązanego z PiS Roberta Pietryszyna jest mocniejsza, bo jest on radnym we Wrocławiu. A według przepisów do jego zwolnienia potrzeba zgody rady miejskiej.

Kolejna różnica jest taka, że w Bełchatowie wciąż mieli nadzieję na walkę o europejskie puchary, choć do drugiej w tabeli Legii zespół traci dziesięć punktów. Ale kłopotów ze zdrowiem nie ma Łukasz Garguła, coraz lepiej spisują się Nowak i Tomasz Wróbel, gole strzela Carlo Costly, co było podstawą do optymizmu. Mimo to postanowiono jeszcze wzmocnić skład, a dodatkowo ściągnąć na stadion więcej kibiców. Wszystko to gwarantował Radosław Matusiak, rok wcześniej sprzedany za 1,8 mln euro do Palermo, a od lata występujący w Heerenveen.

Wszystko zostało już ustalone - Holendrzy zgodzili się na bezpłatne wypożyczenie, zawodnik ustalił warunki kontraktu. Jednak wtedy do sportu włączyła się polityka w osobie dyrektora kopalni, który zablokował transfer. Mało tego, nie zgodził się na propozycję zdesperowanego zawodnika, który przez trzy miesiące chciał grać w GKS za darmo. Kilka dni później w jednym z wywiadów stwierdził, że jeśli ktoś myślał, iż w Bełchatowie będzie piłka na wielkim poziomie, to był w błędzie.

Na konsekwencje tej sytuacji nie trzeba było długo czekać. Za chwilę Garguła, który najbardziej namawiał Matusiaka do powrotu, ogłosił, że chce przejść śladem kolegi do Wisły Kraków. Choć nigdy tego głośno nie powiedział, wiadomo, że jest zniechęcony postępowaniem działaczy. Został, bo PZPN uznał, że w jego umowie nie ma sumy odstępnego. Kolejnym, który pakuje walizki, jest Marcin Kowalczyk. Dynamo Moskwa chce zapłacić za niego 700 tys. euro. Nie można go zatrzymać, bo taką sumę ma wpisaną w kontrakt.

Zniechęcenia nie kryje trener Orest Lenczyk, podobnie zawodnicy. Z tym, że atmosfera w klubie się popsuła, zgadza się prezes Jerzy Ożóg. - Mam nadzieję, że na krótko, bo dobre wyniki ją poprawią - dodaję. Piłkarze w nieoficjalnych rozmowach nie są aż takimi optymistami. Wszystko wskazuje więc na to, że w GKS wszystko wróci do normy, a sukcesem nie będzie już medal, ale bezpieczna pozycja w tabeli.

Ulatowski ma z kolei nadzieję, że perspektywa spadku nie wpłynie na postawę Zagłębia. - Na razie atmosfera w szatni jest dobra - opowiada. To, co nie zależy od nas, odstawiliśmy na bok. Ale jeśli na początku rundy wiosennej nam nie pójdzie, to może być różnie...

Bardzo wiele zależy od właściciela, którym jest KGHM "Polska Miedź". Jeśli po spadku utrzyma pomoc na podobnym poziomie co dotychczas, to Zagłębie powinno szybko wrócić do ekstraklasy. Jeśli jednak zmniejszy dotacje, to może być kłopot, ponieważ to jedyny sponsor klubu. Zawodnicy deklarują, że jeśli wszystko zostanie po staremu (finansowo), będą grać nawet w II lidze. Jeśli zostanie...