Sto dni Tuska, czyli miłość bez konsumpcji

?W życiu najważniejsza jest miłość? - tak po wygranych wyborach mówił Donald Tusk. I rzeczywiście: sto dni jego rządów minęło pod znakiem miłości. Sympatia opinii publicznej dla premiera i jego gabinetu jest ogromna, a na Platformę Obywatelską chciałoby już głosować prawie 2/3 Polaków.

Dobrego nastroju Tuska nie zepsuły ani protestujące pielęgniarki, ani manifestujący nauczyciele, ani strajkujący górnicy. I choć po hucznych przedwyborczych obietnicach teraz każdy od Tuska czegoś chce, to premier ma na to prostą odpowiedź: na razie nie mam, ale jak będę już miał, to wam dam. I Polacy, jak do tej pory, premierowi chyba wierzą.

Dlaczego? Bo Tusk na tle swojego poprzednika nie może wypaść źle. Nikogo nie wyzywa od warchołów, nie ma wreszcie w swoim rządzie ani Andrzeja Leppera, ani Romana Giertycha. Za to nieustająco obiecuje: cud gospodarczy już niedługo.

Tyle że rządowe szuflady są jak na razie puste, a ministrowie wciąż powtarzają: "już bierzemy się do roboty", "projekty są już w przygotowaniu", "ustawa niebawem trafi do Sejmu". Lecz przez te sto dni do parlamentu trafiło niewiele - do tego stopnia, że Senat musiał odwołać swoje obrady, bo nie miał nad czym pracować.

Politycy Platformy zapewniają, że Sejm już niedługo zostanie zalany lawiną projektów ustaw, ale z drugiej strony twierdzą, że rząd do tej pory zrobił tak niewiele, bo "im mniej prawa, tym lepiej". Ot, taka mała niekonsekwencja...

Przez te sto dni lekiem Donalda Tuska na całe zło była miłość. Do jednego się uśmiechnął, drugiemu podał rękę, trzeciemu powiedział dobre słowo. I jak na razie Polakom to wystarcza. Na razie. Bo jeśli niedługo lekarze czy nauczyciele znów usłyszą, że na ich podwyżki nie ma pieniędzy, to sama miłość może nie wystarczyć.

Bo miłość, Panie Premierze, to nie tylko słowa, to także dawanie. A jeśli nie ma się czego dać, to chyba lepiej tego nie obiecywać.

Platoniczna miłość - bez konsumpcji - prędzej czy później po prostu wygaśnie.