Sześć lat mąż zmuszał żonę do prostytucji

Jan D. znęcał się nad swoją żoną od przynajmniej dziesięciu lat. Bił ją, zastraszał, wyzywał. Zmuszał do prostytucji. O gehennie kobiety wiedzieli wszyscy - rodzina, sąsiedzi, policja, opieka społeczna. Tylko ci pierwsi nie chcieli mówić. A ci ostatni byli bezsilni. Aż do teraz.

Rodzina D. - mąż, żona i dwójka dzieci - mieszkała w małej miejscowości pod Płockiem. Oficjalnie nie miała problemów. Policja nigdy nie dostała żadnego zgłoszenia o przemocy domowej. Nigdy nie spisała kobiety, która uprawiała prostytucję. Mąż, choć pił, nigdy nie trafił do izby wytrzeźwień. Szkoła bacznie obserwowała dzieci, ale nie zauważyła zaniedbań. Tyle wersji oficjalnej. Tak naprawdę pan domu przez lata znęcał się nad żoną, bił ją, zastraszał, wyzywał. Zmuszał do prostytucji - wywoził do agencji albo zostawiał przy drodze. Potem zabierał i przepijał zarobione przez kobietę pieniądze. Sam nie pracował. I tak od lat.

Bali się, więc nic nie mówili

- To był koszmar - opowiada pracownica lokalnego ośrodka pomocy społecznej. - Domyślaliśmy się wszystkiego. Dostaliśmy też kilka anonimów w tej sprawie. Problem polegał jednak na tym, że nic nie można było temu mężczyźnie udowodnić. Kobieta była zastraszona, podobnie jak dalsza rodzina. Sąsiedzi nie chcieli mówić. Oficjalnych skarg czy zastrzeżeń nie było. Nie mieliśmy punktu zaczepienia.

Ośrodek pomocy społecznej chwytał się wszystkich możliwych sposobów. Do przyjęcia pomocy przekonywał żonę Jana D. Był w stałym kontakcie ze szkołą, gdzie uczyły się jej dzieci. Współpracował z policją. W pewnym momencie pracownicy ośrodka wraz z policjantami niczym prywatni detektywi tropili zmuszaną do prostytucji kobietę. Wszystko po to, by wyrwać ją i dzieci z rąk oprawcy. Kilka lat temu zawiadomili o wszystkim sąd i wnioskowali o ograniczenie rodzicom praw rodzicielskich. Na próżno.

- Natrafiliśmy na mur milczenia. Żona Jana D. była tak uzależniona od sprawcy przemocy, że wydawała się po prostu niewzruszona. Nie udało nam się też udowodnić, że mąż zmusza ją do prostytucji - opowiadają pracownicy ośrodka. - Sąd rodzinny oddalił nasz wniosek. Dziadkowie dzieci, którzy początkowo zgodzili się zeznawać przeciwko zięciowi, zobaczyli go na sali sądowej i przestraszyli się. Nie powiedzieli nic.

Oprawca za kratkami

Okazja na ratunek pojawiła się dopiero teraz. Rodzina D. miała kłopoty mieszkaniowe, z domu przeniosła się do pustostanu.

- To była nasza szansa - podkreśla pracownica ośrodka. - Mieliśmy w końcu jakiś argument, dzieciom znacznie pogorszyły się warunki. Powiedzieliśmy żonie Jana D., że albo zrobi coś, by ratować siebie i dzieci, albo będziemy musieli ich rozdzielić. To nie były czcze pogróżki. Szkoła wiedziała już o wszystkim, ośrodek właśnie miał wysyłać do sądu faks z wnioskiem o odebranie dzieci.

- Za godzinę mieliśmy po nie jechać - opowiadają o ośrodku. - I wtedy zjawiła się u nas żona Jana D. Ona po prostu bardzo kocha swoje dzieci. Obawa, że je utraci, była silniejsza niż strach przed mężem.

Kobieta szczerze porozmawiała z pracownikami ośrodka. A potem pojechała do płockiej prokuratury. I opowiedziała o koszmarze, jaki przez lata fundował jej mąż. Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Jana D. zatrzymała policja, prokuratura postawiła mu zarzuty fizycznego i psychicznego znęcania się nad żoną oraz zmuszania jej do prostytucji poprzez wykorzystywanie stosunku zależności, stosowanie przemocy i gróźb. A sąd aresztował tymczasowo. Za to, co zrobił grozi mu nawet 10 lat więzienia.

Jego żona z dziećmi przeniosła się z pustostanu do swoich rodziców. Cała trójka jest pod opieką psychologa, ośrodek pomocy zaoferował im też wsparcie socjalne. Chce pomóc kobiecie w zdobyciu zawodu i pracy.

- Wszystko jest na dobrej drodze. Kamień spadł nam z serca - cieszą się w ośrodku. - Ta historia jest doskonałym przykładem na to, że w komunikacji między instytucjami powołanymi do opieki nad rodziną coś szwankuje. Koszmar tej kobiety mógł się skończyć już kilka lat temu, w momencie, kiedy kierowaliśmy sprawę do sądu rodzinnego. Przecież gdyby nie sytuacja z tym pustostanem, Jan D. nadal byłby bezkarny.

Imię i pierwsza litera nazwiska mężczyzny zostały zmienione. Dla dobra rodziny nie podaliśmy też nazwy miejscowości, gdzie mieści się ośrodek pomocy społecznej, i nazwisk jej pracowników

Więcej newsów, więcej źródeł. Zobacz Zoom24.pl