Potrzeba 60 mld zł na zieloną energię

- Polska może osiągnąć wyznaczone przez Brukselę pułapy udziału energii ze źródeł odnawialnych - przekonują eksperci Instytutu Energetyki Odnawialnej.

Komisja Europejska przedstawiła w ubiegłym tygodniu projekt nowych przepisów, które mają doprowadzić do zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii w energetycznym bilansie UE. Każde z państw wspólnoty ma dostać minimalny i obowiązkowy limit. W przypadku Polski wynosiłby on 15 proc. w 2020 roku.

Zanim jeszcze Komisja oficjalnie ujawniła swoją propozycję, polski rząd już ją krytykował. - 15-procentowy cel jest zbyt ambitny - mówił wiceminister gospodarki Marcin Korolec.

Inaczej uważają jednak eksperci z Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO). - Osiągnięcie tego celu jest całkowicie realne - przekonuje prezes IEO Grzegorz Wiśniewski. Jego instytut obliczył nawet, jak do tego dojść.

W sumie, nie licząc energii przypadającej na biopaliwa, w 2020 r. odnawialne źródła energii cieplnej i elektrycznej powinny mieć moc 45 GW. Spalanie biomasy pozostanie pierwszym źródłem zielonej energii, zwłaszcza tej cieplnej. Ale najszybciej rozwinie się energetyka wiatrowa - każdego roku moc zainstalowana wiatraków powinna wzrastać o 33 proc., by w 2020 r. dojść do poziomu 8 gigawatów mocy zainstalowanej.

- Zaletą energetyki wiatrowej w porównaniu do spalania biomasy jest to, że nie zabiera ona terenów tradycyjnemu rolnictwu - mówi Wiśniewski. - Rozwój plantacji energetycznych ma swoje ograniczenia. Nie można zakładać, że uda się rozwijać takie plantacje na terenach odłogowanych. Bo w Polsce takie tereny mają bardzo słabą jakość - dodaje.

Instytut z grubsza policzył, jaki może być koszt potrzebnych inwestycji. To astronomiczne sumy.

Żeby dojść do planowanych 11 gigawatów mocy zainstalowanej w siłowniach produkujących prąd, trzeba będzie około 30 mld zł - przy założeniu, że koszt instalacji 1 kW spadnie do 3 tys. zł. Dziś kosztuje 4 tys., ale technologia dynamicznie się rozwija.

Drugie 30 mld zł pochłonie budowa ekologicznych instalacji cieplnych o łącznej mocy 30 GW (pozostałą część odnawialnej energii cieplnej - 4 GW - dadzą nam już dziś istniejące instalacje).

Wiśniewski podkreśla jednak, że koszty rozłożą się na 12-15 lat, a w dodatku co najmniej 10 proc. sfinansowałaby nam UE. Co ważniejsze, nie będzie kłopotu ze znalezieniem prywatnych inwestorów gotowych finansować inwestycje w elektroenergetykę, bo już teraz dochodowa sprzedaż prądu z zielonych źródeł jest gwarantowana dzięki możliwości sprzedaży "zielonych certyfikatów". Te certyfikaty to specjalne papiery wartościowe potwierdzające, że określona ilość prądu pochodzi z ekologicznego źródła. "Zielone certyfikaty" są kupowane na rynku np. przez te firmy energetyczne, które nie mają własnych ekoźródeł.

Gorzej jest z energetyką cieplną (tutaj żadnych gwarancji systemowych nie ma), więc to właśnie ten sektor - uważa Wiśniewski - powinien w pierwszym rzędzie korzystać z unijnych i krajowych dotacji.

Przedstawiciele polskiego rządu z rezerwą podchodzą do szacunków IEO. Ale im nie zaprzeczają.

- Jest jeszcze za wcześnie, żeby mówić o konkretnych kosztach w perspektywie do 2020 roku - mówi "Gazecie" Zbigniew Kamieński, zastępca dyrektora departamentu energetyki w Ministerstwie Gospodarki.

Rządowi eksperci nie odrzucają wyliczeń IEO, z których wynika, że 15-procentowy udział odnawialnych źródeł w ogólnym bilansie jest w Polsce możliwy. - Myśmy twierdzili, że w Polsce możliwy jest 11-13-procentowy udział energetyki odnawialnej. Te 2 pkt proc. różnicy to jest bardzo dużo, ale to nie jest coś zupełnie odmiennego - przyznaje Kamieński.