Cracovia zakończyła rok porażką

Najlepszą cenzurkę wystawił swojemu zespołowi kapitan Arkadiusz Baran. - Skoro Ruch ma mniej punktów od Cracovii, to chyba nie jest to klasowy zespół - mówił przed meczem. Klasę pokazała za to Cracovia - przegrała po raz siódmy w ostatnich ośmiu meczach. A Ruch punktów ma już więcej

W poprzednim sezonie krakowianie nie błyszczeli, gubili mnóstwo punktów, a za słabą formę zespołu zapłacił głową trener Stefan Białas. Zmienił go Stefan Majewski, który miał wprowadzić do szatni rządy twardej ręki. Metody "doktora" zadziałały od razu i do końca roku "Pasy" przegrały tylko dwa razy.

Na wiosnę było raz lepiej, raz gorzej, ale Cracovia wygrała trzy ostatnie mecze i nie dała się wyprzedzić nawet Wiśle. Do miejsca na podium zabrakło trzech punktów. Było prawie tak blisko jak po awansie do ekstraklasy, kiedy Puchar UEFA w 15 minut wybiła Cracovii z głowy Amica Wronki.

Od tego czasu minął rok i piłkarski świat biało-czerwonych stanął na głowie. Wtedy Majewski sprawił, że Cracovia wrzuciła wyższy bieg, teraz chyba mocno oparł się o ręczny hamulec. Jego drużyna miała wyrównać ubiegłoroczne osiągnięcia w tabeli, leciała, a teraz z hukiem wylądowała tuż nad strefą spadkową.

Na zakończenie słodko-gorzkiego roku krakowianie pojechali na Stadion Śląski. Mecz z Ruchem miał pokazać, że Cracovia potrafi wygrywać na wyjazdach. To jednak beniaminek sprawiał wrażenie zespołu lepiej zorganizowanego i mającego jakąś wizję gry.

Sygnał do ataku dał zaraz na początku meczu Remigiusz Jezierski, który prostym zwodem zwiódł Krzysztofa Radwańskiego, ale jego strzał sparował Marcin Cabaj. Podobnie jak kilka chwil później uderzenie Pavola Balaza. Bramkarz był w zespole Cracovii jedynym piłkarzem, do którego nie można mieć większych pretensji. Przed przerwą dwa razy zatrzymał Martina Fabusza, później, niestety, był już bezradny. Prawdziwa kanonada, jaką chorzowianie urządzili sobie na początku drugiej połowy, musiała w końcu skruszyć nie najmocniejszy przecież mur obronny Cracovii. Po zagraniu Fabusza Jezierski piętą trafił tuż przy słupku. Strata bramki, zamiast zmobilizować krakowian, jeszcze bardziej ich przyhamowała. A Ruch grał swoje, Michał Pulkowski i Grzegorz Bonk przyćmili Arkadiusza Barana i Michała Karwana, który wyszedł na boisko po raz pierwszy od 10 marca. I zagrał tak, jak gdyby dopiero wczoraj po raz pierwszy od tamtej pory zobaczył piłkę.

Cracovia stworzyła sobie tylko dwie sytuacje. Dariusz Pawlusiński z rzutu wolnego trafił w poprzeczkę, a strzał Marcina Bojarskiego z wielkim trudem wybronił Sebastian Nowak. Wtedy było już po meczu, bo wcześniej drugą bramkę dla gospodarzy zdobył Wojciech Grzyb. Fatalnie w tej sytuacji zachował się Karwan, który powinien spokojnie przeciąć dośrodkowanie Balaza, ale zostawił piłkę kapitanowi chorzowian.

W Krakowie dzwon Zygmunt może już bić na trwogę, bo tak źle w Cracovii nie było już dawno. Piłkarze nie mogą się nawet tłumaczyć, że im nie idzie, że mają pecha, że wszystko to kwestia nieskuteczności. Wczoraj w meczu nie mieli ani pół akcji, którą można by nazwać zaplanowaną. To miał być mecz o spokojną zimę, a zdobyte punkty - trampoliną pomagającą wrócić na właściwe miejsce. A jeśli ligowi sąsiedzi w tabeli wygrają swoje mecze, to "Pasy" wylądują w strefie barażowej i zostaną tam już do wiosny.