Anwil rozgromiony w Koszalinie

Do ogromnej niespodzianki doszło w Koszalinie, gdzie miejscowy AZS rozgromił Anwil Włocławek 95:65. - Obawialiśmy się tego meczu, bo zdecydowanym faworytem był Anwil. Chcieliśmy wygrać ten za wszelką cenę i to nam się udało - mówił po spotkaniu szkoleniowiec AZS, Dariusz Szczubiał.

AZS zdobył prowadzenie w meczu w 15. sekundzie, po celnym rzucie za trzy D.J. Thompsona. Nikt się nie spodziewał, że akademicy już do końca meczu nie oddadzą tego prowadzenia. Koszalinie po ostatnich słabszych meczach, w sobotę grali jak zaczarowani i zupełnie nie przypominali drużyny sprzed kilku tygodni.

Wiadomo było, że AZS z Anwilem będzie bardzo ciężko wygrać, bo trzeba zagrać bardzo dobrze w obronie i w ataku. Koszalinianom udało się dokonać tych dwóch rzeczy i włocławianie zupełnie nie wiedzieli co mają ze sobą i z AZS zrobić żeby wygrać.

Przewaga akademików zwiększała się z każdą kolejną akcją meczu. Najpierw bardzo dobrze grał krytykowany wcześniej George Reese. Później obowiązki zdobywania punktów przejął po nim Grzegorz Arabas

Goście zupełnie zaskoczeni taki obrotem sytuacji próbowali odrobić straty rzutami z dystansu. Ale tego dnia nie wychodziło im nic. Grali coraz bardziej nerwowo i widać to było po zawodnikach, którzy swoją frustracje próbowali wyładować na sędziach. To kończyło się przewinieniami technicznymi i AZS znowu zwiększał swoją przewagę. - Ciężko się gra w piątkę przeciwko ośmiu, jeśli wiecie o czym mówię - stwierdził ironicznie Gerold Henderson, obrońca Anwilu. Miał na myśli sędziów.

Po pierwszej połowie było 52:25 dla gospodarzy. Szok! - To zasługa mojego krawata. Założyłem ładny, żeby było co ciąć - żartował w przerwie asystent trenera, Leszek Doliński, który po każdym wygranym meczu ma ucinany krawat.

Po zmianie stron gra się uspokoiła. Koszalinianie kontrolowali wynik spotkania i pozwalali zbliżyć się rywalom. Jedyną rzeczą, do której można się przyczepić i jaka zawodziła w tym meczu, była walka na tablicach, która akademicy przegrali różnicą 10 zbiórek. To jednak w żaden sposób nie zaważyło na wyniku spotkania.

Na nieszczęście dla AZS kontuzji pachwiny nabawił się Dante Swanson. - To pechowy chłopak. Mam nadzieję, że to nie będzie nic poważnego i Dante wróci do szybko do gry. Bez niego będziemy dysponowali tylko jednym rozgrywającym i może być ciężko - mówi Szczubiał.

Bohaterem spotkania został Reese, który zdobył 23 punkty, miał sześć zbiórek oraz siedem asyst. Zawodnik przed tym meczem był bardzo mocno krytykowany i jego przydatność zespołowi była mocno podważona. W sobotę udowodnił wszystkim na co go stać.

Dość nieoczekiwanie na meczu zachował się prezes AZS, Marek Łycyniak. Siedzący zawsze w sektorze dla VIP, w sobotę dopingował mecz razem z Klubem Kibica, machał flagą i krzyczał ile tylko miał sił. - To jest dopiero prawdziwy prezes! - chwalili Łycyniaka kibice na forach internetowych.