Remis na ugorze. Polska wygrała grupę!

W trzy minuty Polacy stracili to, na co harowali ponad godzinę czyli wygraną w Belgradzie. Zremisowali 2:2, ale eliminacje w grupie I zakończyli jako zwycięzcy. I kto by się tego spodziewał po pierwszych dwóch meczach, gdy mieli jeden punkt

Relacja Z czuba

Wołowski: I Ty uwierz w sukces

To był piękny awans Polaków - czytaj na blogu Rafała Steca

To był prawdziwy "team made in Beenhakker". Aż czterech zawodników z pierwszej jedenastki (Bronowicki, Łobodziński, Wawrzyniak i Murawski) debiutowało w narodowym zespole właśnie u Holendra. Kolejnych trzech, których jako pierwszy powołał właśnie Leo czyli Garguła, Matusiak i Zahorski siedziało na ławce rezerwowych. Ten ostatni zresztą bardzo szybko wszedł na boisko - w 19. min zmienił kontuzjowanego Kosowskiego (grał w kadrze po raz 50.). I ludzie, których dla polskiej drużyny wymyślił Leo byli wczoraj bohaterami przez 68 minut.

Drużyna bez Smolarka, Boruca, Krzynówka, Dudki, Błaszczykowskiego oraz kapitana Żurawskiego, nic nie straciła na jakości. Pierwsza połowa była bardzo dobra choć kiedy polscy dziennikarze usłyszeli skład, przecierali oczy ze zdumienia. Beenhakker znowu zaskoczył. W środę o 13 zobaczył stan murawy na Marakanie w Belgradzie i zdecydował, że w środku zamiast Garguły zagra Wawrzyniak. Legionista bodaj po raz pierwszy zagrał w środku pola, zwykle jest lewym obrońcą. Radził sobie średnio, miał kłopoty z ustawieniem. Ale starał się, biegał i walczył. Po przerwie, kiedy nerwy odeszły, było już lepiej. Bo, tak jak wszyscy, zdawał sobie sprawę, że mecz z Serbią rozpoczyna walkę o wyjazd na Euro.

W ataku wystąpił Rasiak, a nie Matusiak. Beenhakker doszedł do wniosku, że mało będzie gry po ziemi, prostopadłych podań, a więcej górnych piłek. Napastnik Southampton był więc potrzebny do walki w powietrzu na polu karnym rywali i w polskiej "szesnastce" - tam pilnował dwumetrowego Zigicia. Rasiak na tyle skutecznie wymęczył obrońców, że Matusiak 77 sek po wejściu na boisko w drugiej połowie strzelił gola.

Odkryciem spotkani był Rafał Murawski. Kilkanaście miesięcy temu Franciszek Smuda chciał się go pozbyć z Lecha, twierdził, że "jest niepotrzebny. Na kilka dni przed transferem do klubu przyszło powołanie od Beenhakkera i właściciele absolutnie nie wyrazili zgody na odejście piłkarza. Wczoraj niski, lekki jak piórko ofensywny pomocnik czuł się na grząskim boisku jak ryba w wodzie. Śmigał między Serbami aż miło. Obierał piłki, podawał, potrafił przytrzymać, dyrygował tempem akcji.

W 28. min nie wiedzieliśmy nad czym bardziej cmokać z zachwytu. Mariusz Lewandowski zagrał adekwatnie do swojego pseudonimu w kadrze "Lewandao" - idealną, prostopadłą piłkę między obrońców. W tym podaniu był geniusz. Murawski wbiegł między obrońców, wyprzedził ich i strzelił z lekkością i łatwością. Gole w takim stylu strzelał dla tego zespołu w tych eliminacjach Ebi Smolarek.

Polacy długo utrzymywali się przy piłce, a przecież to Serbowie uchodzą za znakomicie wyszkolonych technicznie graczy. Parę razy to potwierdzili, zagrażali bramce, ale znakomicie bronił Łukasz Fabiański. W bramce też nie było jakościowej zmiany - zawodnik Arsenalu zagrał, jakby był numerem jeden zespołu od lat. Tak, jak oczekiwali trenerzy - kilka metrów od bramki, by momentalnie reagować na jakiekolwiek próby dłuższych podań od Serbów. Kiedy już był groźnie parę metrów od jego bramki świetnie i ofiarnie interweniował Mariusz Jop. Jak profesor spisywał się Jacek Bąk.

Polacy grali swobodnie, na luzie. Widać było jak zeszła z nich presja. Wojciech Łobodziński długo "wchodził" w mecz. Ale jak już się rozkręcił - mniej więcej po 20 minutach - był nie do zatrzymania. Polacy grali spokojnie, rozważnie i pewnie. Mieli wsparcie od kibiców, którzy w liczbie około trzech tysięcy przyjechali do Belgradu. Serbskich fanów było mniej niż Jacek Bąk ma występów w reprezentacji (wczoraj zagrał po raz 90.) - żartowali polscy dziennikarze. Bilety kosztowały 10, 20 i 25 euro, ale w Serbii nikt nie wierzył w możliwość awansu. Garstka, która zjawiła się na stadionie wygwizdała swój zespół.

Buczenie jeszcze nie przeminęło, a Serbowie nie zorientowali się chyba, że na murawie jest Radosław Matusiak. Po kapitalnej kontrze i wymianie piłki z Tomaszem Zahorskim (na co dzień napastnik, wczoraj lewy pomocnik i też bardzo dobry) napastnik Heerenven strzelił trzeciego gola w reprezentacji. Rok temu jego bramka wbita zespołowi Javiera Clemente dała Polsce remis w Warszawie.

A później były dwie minuty, które wstrząsnęły Polską. To nie Serbowie strzelali gole, ale drużyna Beenhakkera głupio je traciła. Najpierw po kontrze i rykoszecie Zigić przetoczył się jak walec po Bronowickim i wpakował piłkę do siatki z metra. Chwilę później oszołomieni Polacy przyglądali się - z Fabiańskim na czele - jak kopnięta przez Jovanovicia z narożnika pola karnego piłka wtacza się do siatki. W kilkadziesiąt sekund zniknęło świetne wrażenie, jakie mieliśmy z gry Polaków przez ponad godzinę. Załamani i zmęczeni Polacy stanęli, musieli radzić sobie z falowymi atakami Serbów, którzy zdominowali mecz. W 81. min Fabiański świetnie obronił strzał Zigicia z paru metrów.

W ofensywie Polska już nie miała argumentów - strzał Lewandowskiego z wolnego oraz Bronowickiego obronił bramkarz, a później osamotniony Matusiak nie miał szans w walce z trzema obrońcami.

Wyścig o wyjazd na Euro będzie trwał bardzo długo - dublerzy nie okazali się dużo gorsi od tych, którzy Polakom awans zapewnili. Zadanie zostało wypełnione - Polska utrzymała pozycję lidera.

A jak bronił Fabiański - prezentuje blog Pingpongi