Chciał się spalić i wysadzić

37-letni łodzianin sparaliżował wczoraj centrum Łodzi, grożąc, że się spali lub wysadzi w powietrze. Chciał zaprotestować przeciwko aresztowaniu żołnierzy podejrzanych o zbrodnię wojenną w Afganistanie

Tuż po godz. 9 z oficerem dyżurnym Komendy Miejskiej Policji w Łodzi na numer telefonu alarmowego skontaktował się mężczyzna i powiadomił go, że oblał się łatwopalną substancją. - Powiedział nam, gdzie stoi - opowiada podinspektor Magdalena Zielińska, rzecznik komendanta wojewódzkiego policji w Łodzi.

Na plac Wolności została wysłana niemal cała łódzka policja, negocjatorzy i psychologowie. Byli też strażacy, karetka reanimacyjna, antyterroryści. Plac zamknięto, a także ul. Pomorską, Nowomiejską, Legionów i Piotrkowską na wysokości Próchnika.

Krew za krew, to jest wojna!

Mężczyzna był ubrany w spodnie i kurtkę moro. Miał plecak, z którego wystawały czerwone i różowe kable. Żądał natychmiastowego uwolnienia żołnierzy aresztowanych w związku z zabójstwem cywilów w Afganistanie. Mówił, że jeśli do południa jego żądania nie zostaną spełnione, podpali się i zdetonuje ładunek wybuchowy, który ma w plecaku. - To wina rozkazów i dowódców, a nie żołnierzy! - krzyczał w stronę dziennikarzy.

Potem zażądał rozmowy z dziennikarzem "Gazety Wyborczej". Dziennikarz z policyjnym negocjatorem poszli porozmawiać z mężczyzną. Poznał go. To był Robert Ch., były wolontariusz jednej z łódzkich fundacji pomagających dzieciom. Kilka lat temu za pośrednictwem "Gazety" opowiedział o nieprawidłowościach, jakie - jego zdaniem - miały miejsce w fundacji. Ostatnio pracował na budowie. Mieszkał na Polesiu. Nie wiadomo, co skłoniło go do desperackiego czynu.

- Wiesz, że to zrobię - krzyczał do reportera "Gazety". - Przeprowadzę tę akcję od A do Z! Armia jest najważniejsza i nie pozwolę na to, by żołnierzy tak traktowano!

W przerwach w negocjacjach Robert Ch. palił papierosy i popijał piwo z puszki. W tym czasie na policję zadzwoniła matka jednego z aresztowanych żołnierzy, która jest łodzianką. Pytała, czy może jakoś pomóc. Policjanci odmówili. Po godzinie znów zażądał rozmowy z dziennikarzami i kamery TVN. Policja zgodziła się na dwuminutowe przemówienie dla mediów. Krzyczał: "Gdzie byli dowódcy, którzy wydali polecenie strzelania!". "To jest wojna!" i "Krew za krew"!

Bomby nie miał

Tuż przed godz. 12 policja odsunęła dziennikarzy dalej od placu. Chwilę po południu mężczyzna nagle zdjął plecak, położył go pod pomnikiem Tadeusza Kościuszki, podniósł ręce i zrobił kilka kroków w stronę policjantów. Kilku antyterrorystów z bronią wymierzoną w mężczyznę wbiegło na plac. Kazali mu trzymać ręce do góry, obszukali i obezwładnili. Ubranie nie pachniało benzyną, mężczyzna oblał się najprawdopodobniej wodą. Zabrano go na komendę, we krwi miał 1,2 promila. W tym samym czasie policyjni antyterroryści zdetonowali plecak. - Nie było tam żadnych substancji, które mogłyby zagrażać bezpieczeństwu - poinformował Mirosław Micor z Komendy Miejskiej Policji w Łodzi. - W plecaku znaleźliśmy jedynie ładowarkę do telefonu, elementy urządzenia elektronicznego, przewody elektryczne i odzież.

Mężczyznę zatrzymano pod zarzutem spowodowania niebezpiecznego zdarzenia, ale gdy okazało się, że w plecaku nie było materiałów wybuchowych, zmieniono go na groźby karalne. Dzisiaj będzie przesłuchany przez policjantów, a potem prokuratora.

Robert Ch. jest znany łódzkiej policji. Był już notowany za groźby, znieważenie i naruszenie nietykalności funkcjonariusza oraz pobicie.

Jeden desperat, miasto zakorkowane

Protest mężczyzny na blisko cztery godziny sparaliżował centrum Łodzi. Ruch został zupełnie wstrzymany na wszystkich ulicach prowadzących na plac Wolności. Policjanci nie wpuszczali tam nikogo, nawet mieszkańców. Właściciele sklepów, restauracji czy aptek do wczesnego popołudnia nie obsłużyli ani jednego klienta. Sprzedawczynie w sklepach przy ul. Piotrkowskiej stały w drzwiach i czekały, kiedy policja rozprawi się z desperatem.

Wiele dróg w centrum było kompletnie zakorkowanych. Ul. Kilińskiego i większość Franciszkańskiej do tego stopnia, że samochody stały w miejscu. Podobnie było na ul. Północnej od Sterlinga do Manufaktury. Na dodatek tam wykoleił się tramwaj. Zatłoczone były również ich przecznice, a zwłaszcza ul. Gdańska, Wschodnia i Zachodnia. Zmienionymi trasami jeździły tramwaje linii 4, 7, 11, 13, 15, 43 i 43 bis. Wróciły na swoje trasy od godz. 13.30, ale ruch w centrum unormował się dopiero około 15.