Pięć powodów, dla których Polska pokona Belgię

Spokojnie to tylko Belgowie. Nie grający już o nic, lękający się o własne kości. A nie np. Szwedzi, których trzeba było pokonać, żeby awansować do barażu o Euro 2000. Wygrać w Sztokholmie było "Mission:Impossible". Wygrać w Chorzowie to, nawiązując do innego tytułu filmu, "Una pura Formalita", czyli czysta formalność.

Wygramy, wygramy, wygramy! I już. To oczywista oczywistość. Ale skoro chcecie aż pięć powodów, to proszę bardzo.

1. Bo jesteśmy tak blisko historycznego awansu do mistrzów Europy, że tylko frajerzy by to spaprali. A polscy piłkarze frajerami nie są, co udowodnili pod wodzą Leo Beenhakkera w obu meczach z Portugalią (czwartą drużyną świata, gdzie jeden Cristiano Ronaldo wyceniany jest na więcej pieniędzy niż cała nasza kadra razem wzięta), z Serbią (po wcześniejszej bolesnej porażce z Finlandią, gdzie nikt nie stawiał na nich pół grosza) czy wyjazdowym meczu z Belgią (gdzie zabrakło 10 podstawowych piłkarzy). Polacy wiedzą, przed jaką szansą stoją. I nie chcą przejść do historii jako ci, którzy zgubili złoty róg. Chcą być zapamiętani jako pierwsi, którzy awansowali do mistrzostw Europy, co nie udało się Lubańskim, Deynom, Latom, Bońkom, Smolarkom (no, Smolarkom Seniorom)...

2. Bo nasi piłkarze wiedzą, jak wielkie są oczekiwania kibiców. Wstrząsnęło nimi, że na Stadionie Śląskim chciało zasiąść 250 tys. widzów, co zapełniłoby ze dwie Maracany. Nie przeraża ich to, nie pęta im nóg, ale dodaje skrzydeł. Beenhakker mówi wręcz, że musi studzić ich entuzjazm. Że jego kadra to "brygada zdeterminowanych strażaków, gotowych walczyć o ugaszenie ognia", a on wybierze z nich najlepszą jedenastkę. Dlatego nie ma znaczenia Łobodziński czy Błaszczykowski, Żurawski czy Matusiak. Każdy "strażak" będzie "biegał z wężem" i dawał z siebie wszystko, jakby gasił przedszkole przylegające do domu seniora.

3. Bo dla grzejących ławy w zagranicznych klubach polskich zawodników, albo wręcz oglądających mecze swych drużyn z trybun, występ w reprezentacji to jedyna okazja do piłkarskiego spełnienia. Euro 2008 to najlepsza rzecz jaka może ich spotkać w karierze. Marzą o tym, żeby znów przeżyć to samo co w Niemczech, gdzie biało-czerwone stadiony skandowały: "gracie u siebie, Polacy, gracie u siebie". Chcą znów usłyszeć wsparcie najlepszych kibiców świata. A przy tym, mając za sobą geniusz Beenhakkera, nie przeżyć niemieckiej traumy.

4. Bo Polacy wiedzą co czekałoby ich na belgradzkiej Marakanie, gdyby to tam przyszło im walczyć o awans w razie remisu z Belgią (porażka jest tak absurdalna, że nie zgadzam się brać jej pod uwagę). Czekałoby ich tam "kęsim, kęsim". Nikt z nich nie chce grać o punkty z Serbami. Odrodzić się w Belgradzie po niepowodzeniu w Chorzowie byłoby bardzo ciężko. Zwłaszcza, że Serbowie, który już prawie pogodzili się z wyeliminowaniem, nagle "zwietrzyliby krew". Jacek Bąk, Michał Żewłakow, Jacek Krzynówek, czyli najbardziej doświadczeni piłkarze naszej kadry wiedzą co mówią, zapewniając: "sprawę awansu trzeba przesądzić w sobotę!" I załatwią. Jestem tego pewien.

5. Bo Belgowie z kolei doskonale wiedzą jak wielka jest determinacja i desperacja Polaków, żeby awansować teraz. Wiedzą, że Polacy ten awans gotowi są wyszarpać pazurami, wyrwać rywalom z gardeł. Że nie będą się wahali się ryzykować, wstawiać głowy tam, gdzie inni baliby się wetknąć nogę. Że będą "trzeszczeć kości". To przeraża Belgów i nie chcieli tu przyjeżdżać. Nie chciały tego ich kluby. To dlatego aż sześciu Belgom przyplątała się jednakowa kontuzja - mięśnia przywodziciela. Tak się dziwnie składa, że jest jedyna kontuzja nie do zweryfikowania przez lekarza. Piłkarz mówi, że boli i zostaje w domu. Belgowie będą chcieli jak najszybciej i najmniej boleśnie skończyć to spotkanie i zacząć następne eliminacje od nowa. Bo w tych od dawna się nie liczą. Tym lepiej dla nas, że mecz o wszystko gramy z Belgią, a nie np. Szwecją, którą trzeba było pokonać, żeby awansować do barażu o Euro 2000. Wygrać w Sztokholmie było "Mission:Impossible". Wygrać w Chorzowie to, nawiązując do innego tytułu filmu, "Una pura Formalita", czyli czysta formalność.