Jerzy Brzęczek i jego 4511 dni

4511 dni musiało minąć, byśmy przekonali się, że polski ligowy futbol stoi w miejscu. Przekonał nas o tym Jerzy Brzęczek, który w sobotę po tyle właśnie trwającej przerwie znów zdobył gola w ekstraklasie.

Przez ten ponad tuzin lat wiele się u nas zmieniło. Mieliśmy dwa zespoły w Lidze Mistrzów, w ekstraklasie krążą coraz większe pieniądze, niemal wszystkie boiska są już podgrzewane i oświetlane, telewizje potrafią z byle meczu zrobić prawdziwy spektakl. Ale jedno, niestety, wciąż jest takie samo, o ile nie gorsze. Poziom gry.

Kiedy przed tym sezonem do Polski wracało z zagranicy pięciu znakomitych kiedyś reprezentacyjnych piłkarzy, wiadomo było, że paradoksalnie każdy ich sukces będzie świadczył równie dobrze o nich, co źle o całej lidze. Brzęczek, a także Kamil Kosowski, Radosław Kałużny, Radosław Gilewicz i Andrzej Niedzielan mieli w sumie 163 lata i olbrzymią chęć udowodnienia, że czas na polskich boiskach się zatrzymał. Co tu dużo mówić - już chyba jest jasne, że to oni są górą.

W porządku, jeden w drugiego byli to gracze - jak na polską skalę - wielcy. Dane ze wspólnego konta to potwierdzają: 164 mecze i 24 gole w reprezentacji Polski oraz 701 meczów i 119 goli w polskiej lidze. Tylko że przez te wszystkie lata na emigracji nie tylko oni - niech mi wybaczą - musieli się zestarzeć do poziomu, w którym gra w piłkę na najwyższym szczeblu jest już niemożliwa, ale i w naszej lidze powinno się pojawić pokolenie młodych wilków, dla których pokazanie wszystkim emerytom Brzęczkom, gdzie jest ich miejsce, to zadanie z boiskowego elementarza. Zwłaszcza że gwiazdy wróciły nie tylko - jak się wydawało - wyleniałe twórczo, ale i utuczone zachodnimi pensjami, obrosłe w dostatek i z dużym zapotrzebowaniem na święty spokój.

A tymczasem... Brzęczek wciąż jest niepodzielnym królem środka pola w Zabrzu, Kosowski to jeden z najlepszych skrzydłowych w Polsce, Gilewicz - kiedy jest zdrowy - nałogowo zdobywa gole w drugiej lidze, Niedzielan do chwili kontuzji był profesorem w ataku Wisły, a Kałużny po słabszym początku jest już podstawowym graczem białostockiej Jagiellonii. W komplecie są przez ekstraklasę po prostu nie do ruszenia.

Aż strach pomyśleć - co będzie, jeśli zimą prezesi i trenerzy polskich klubów pójdą dalej i na przykład wysnują wniosek, że w takim razie wzmocnieniem może również być namówienie do powrotu piłkarzy nie tylko grających za granicą, ale i tych, którzy skończyli już kariery...