Słaby Lech, beznadziejna Cracovia

?Kolejorz? podniósł się po przegranych derbach Wielkopolski, wygrał z Cracovią i znów goni czołówkę. Żeby ją dogonić, musi grać jednak znacznie lepiej niż w piątek

Boheterem Lecha znów był Peruwiańczyk Hernan Rengifo, który po 61 min miał na koncie dwa gole, choć poznaniacy tak naprawdę specjalnie na nie nie zasłużyli. Bo i też nie pracowali jak należy. - Może do piłkarzy Lecha można mieć pretensje o straty i niewykorzystane sytuacje, ale wypruli z siebie wszystko. Dopóki ja tu jestem, muszą się nauczyć, że tak trzeba grać - mówił jednak po meczu trener Lecha Franciszek Smuda.

Cracovia trenera Stefana Majewskiego nie okazała się rywalem, który ściągnąłby na Bułgarską rzesze widzów. Przyszło ich niespełna 20 tys., co w Poznaniu należy uznać w tym sezonie za frekwencję niezbyt imponującą. Na dworze było zimno, a wyglądało na to, że mecz Lech-Cracovia widzów raczej nie rozgrzeje.

Krakowianie to w tym sezonie specjaliści od wypraw w Polskę po kompletne zero - nie wygrali wyjazdowego meczu, nie strzelili gola. W Poznaniu pokazali, że trudno się temu dziwić. Problem w tym, że Lech Poznań zaadaptował na własne potrzeby poziom rywala. Poznaniacy przycisnęli krakowian, dość łatwo wymieniali podania, ale efekt tego był mierny. Cierpliwe wymiany często kończyły się stratą albo słabiutkimi strzałami, które tylko nabijały statystykę krakowskiego bramkarza Marcina Cabaja. To irytowało widzów, bo niewygranie z Cracovią, którą przerastały dotąd wszystkie wyjazdy było tu czymś nie do pomyślenia.

Dopiero w 25. min Rengifo zrobił odpowiedni użytek z piłki, którą dostał przed polem karnym. A to, że ją dostał było zasługą nieodpowiedzialności Łukasza Skrzyńskiego, który kopnął wprost w Jakuba Wilka. Peruwiańczyk uderzył bardzo silnie i precyzyjnie, piłka trafiła w słupek prawy, w słupek lewy i wpadła do bramki jak bilardowa kula do łuzy.

To trafienie ani trochę nie zmieniło gry, Cracovia ni by ruszyła na Lecha, ale bez pomysłu i przekonania, że stać ją na gola na obcym boisku. Publiczność, która wcześniej głośno domagała się od Franciszka Smudy zwycięstwa, zaczynała gwizdać na swoich piłkarzy, bo mnóstwo niecelnych podań i kiksów (z obu stron) to nie było to, za co płaci się idąc na mecz ekstraklasy.

Jedna z pomyłek Przemysława Kuliga otworzyła jednak drogę so bramki Piotrowi Reissowi, ale kapitan Lecha strzałem obok słupka podsumował swój kiepski występ tego wieczoru. Humory znów poprawił widowni Rengifo, który zakończył golem akcję Rafała Murawskiego. Była ona zresztą znamienna - wystarczyło kilka szybszych kroków w stronę obrońców Cracovii, by ci się pogubili.

Wkrótce potwierdziło się, że Cracovia jest równie bezsilna w ataku - nawet wtedy, gdy gra z przewagę zawodnika. Tę sytuację stworzył krakowianom Henry Quinteros, który faulowany przez Dariusz Kłusa sam zasugerował sędziemu Marcinowi Szulcowi, że rywal powinien dostać żółtą kartkę. Tak też się stało, ale za swoją sugestię - niezgodną z przepisami - Quinteros dostał również kartkę - drugą już żółtą i wyleciał z boiska.

Mimo tej przewagi Cracovia nie potrafiła przycisnąć Lecha, ale kilka jej nawet chaotycznych zagrań obnażyło niefrasobliwość Krzysztofa Kotorowskiego, który zastąpił kontuzjowanego Emiliana Dolhę. To Lech miał lepsze sytuacje, gdy wychodził z kontratakami. Dopiero w ostatniej minucie meczu po dośrodkowaniu Reissa trzeciego gola zdobył Dimitrije Injac. Już w doliczonym czasie gry Cracovia zdobyła wreszcie wyjazdowego gola - pierwszego w szóstym meczu - ale zrobił to dla niej... obrońca Lecha. Tak jak rok temu Dawid Kucharski skierował piłkę do własnej bramki - tym razem po zagraniu Pawła Nowaka.

- Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem tak zmęczony po meczu - stwierdził zziajany pomocnik Lecha Rafał Murawski. Trener Cracovii Stefan Majewski podsumował: - Mogę być zadowolony tylko z tego, że zdobyliśmy bramkę. Wszystkie bramki dla Lecha były prezentami - stwierdził.