Przepita kariera Igora S.

Kiedyś gole w Lidze Mistrzów. Dziś cela w więzieniu. Czy wóda i kumple z podwórka zawsze zniszczą nawet największy talent? Zawsze, jeżeli znikąd nie dostanie pomocy

Igor Sypniewski wygrał wiele meczów. Ale ten najważniejszy, z życiem, przegrywa do zera. Chyba żaden inny tak dobry polski piłkarz nie wpadł w bagno równie głęboko. 33-letni napastnik jest dziś degeneratem. To prawda tyleż brutalna, co konieczna do ujawnienia - nie dla nas, dla niego. Bo może jeszcze się podniesie. Zwłaszcza że pierwszy krok już zrobił - spadł na samo dno. Dziś jest nim cela łódzkiego aresztu przy ul. Smutnej, do której trafił przed dwoma tygodniami po awanturze urządzonej na ulicy. Ponieważ była to recydywa, sąd zadecydował, że pójdzie na miesiąc za kratki. Co będzie dalej?

Pokonał Seamana

To jeden z wielu piłkarzy skazanych na ŁKS. Mieszkał tak blisko i grał tak dobrze, że musiał trafić do tego klubu. Już kiedy miał 17 lat, był w kadrze pierwszego zespołu. Później był przymusowy transfer do wojskowego Orła, a w pnącej się ambitnie w górę Ceramice Opoczno w dwa sezony w trzeciej i drugiej lidze zdobył ponad pół setki goli.

Wyjechał na cztery lata do Grecji. Już w premierowej rundzie w przeciętnej Kavali strzelił siedem goli i przeniósł się do wielkiego Panathinaikosu Ateny. 53 mecze i 8 goli, mecze i gol strzelony Arsenalowi w Lidze Mistrzów - to bilans ponaddwuletniego pobytu w stolicy Grecji. Później było jeszcze pół sezonu w OFI Kreta i zaskakujący powrót do Polski. Tu znów karuzela z Sypniewskim zakręciła się bardzo szybko. Pół sezonu w Radomsku, pół w Wiśle Kraków, Grecja na dwa mecze, powrót do Polski - i przeprowadzka na drugi kraniec kontynentu, do Szwecji. Jakby przed czymś uciekał. Jeżeli przed alkoholem - to się nie udało. Tam wytrzymali z nim dwa lata, potem w ŁKS - półtora roku. Jeszcze raz pojechał do Szwecji, jeszcze raz próbował w Łodzi. Wszędzie doganiała go wódka. W końcu znokautowała.

Upadek

- Mógł mieć 16-17 lat, kiedy pierwszy raz poczułem od niego alkohol - mówi ówczesny trener ŁKS Leszek Jezierski. - Oczywiście wyrzuciłem go z treningu.

Reprymenda w żaden sposób nie wpłynęła na Sypniewskiego. - Znów przyszedł na zajęcia po alkoholu. I jeszcze raz. I jeszcze - opowiada Jezierski. - To mówię do Antoniego Ptaka, który był wtedy sponsorem ŁKS: "Sprzedajemy go". I poszedł do Opoczna.

Tam dużo grał, jeszcze więcej strzelał, a przede wszystkim pokazywał, że w trzeciej czy drugiej lidze pijak z talentem może być lepszy od wszystkich. Mieszkał cały czas w Łodzi, ale w Ceramice trafił w ręce Witolda Obarka, trenera, który - jak sam mówi - zobaczył w Sypniewskim kogoś innego. - Piłkarz to tylko zawód, a jest jeszcze człowiek - opowiada Obarek. - Wiedziałem, że pije. Ale wziąłem go kilka razy do kościoła, pomógł mi Mirek Myśliński, razem jeździli do Łodzi. Igor poznał wtedy pierwszą żonę i był bardzo grzeczny. Tylko dom i trening. Przez osiem miesięcy kropli do ust nie wziął, wiem to na pewno. Ale potem stracił wszystko. Zawsze miał swój świat i zawsze do niego wracał.

Oferta z Grecji dla wszystkich była wybawieniem. Sypniewskiemu dawała nową szansę, polski futbol uwalniała od gracza kłopotliwego. - Niestety, w Grecji też sprzedają wódkę i piwo, a jest tam też wino - wspomina Obarek. Już w Kavali zatrzymała go policja za jazdę po pijanemu. - W Panathinaikosie też to się zdarzało, ale ponieważ ten klub ma wielkie wpływy, różne sprawki nie wychodziły na światło dzienne - dopowiada grecki dziennikarz Kostas Chalemos. - Pijaństwo Igora nie było żadną tajemnicą. Ale potrafił grać, więc przymykano oczy.

Właśnie, jak to możliwe, że tyle lat można pić i zawodowo grać w piłkę na niezłym poziomie? - Igor miał wielki talent i końskie zdrowie - tłumaczy Obarek. - Były takie treningi, na które przychodził po przepitych, nieprzespanych nocach. I nadal był najlepszy.

To wtedy dostał powołanie do reprezentacji Polski, w której rozegrał dwa mecze.

W Wiśle Kraków, do której przyszedł wiosną 2002 r., nikt pewnie nie przypuszczał, że pokaże się w sześciu zaledwie meczach i zniknie. Mówiono wtedy, że wpadł w depresję, bo nie został zaakceptowany przez drużynę. O ile jednak przyczyna nie jest do końca wyjaśniona, o tyle skutek był wiadomy. - Z tego, co wiem, w takich chwilach jechał do kumpli z podwórka i razem imprezowali do upadłego - wyjaśnia Obarek.

Szwedzki spokój

Lata 2003-04 spędził w Szwecji. Tam znów chyba się uspokoił. Nowa kobieta, poważny wypadek dziecka i tradycyjne skandynawskie problemy z kupnem i ceną alkoholu - to wszystko spowodowało prawdopodobnie, że znów zajął się wyłącznie futbolem. Wiosną 2004 został mistrzem Szwecji z Malmoe. Ale wtedy już i tam miał opinię piłkarza z ogromnymi problemami psychicznymi. - Zawsze zjadał go stres - zdradza Obarek. - Kiedy na stres pił, wszyscy widzieli w nim po prostu alkoholika, ale kiedy ten sam stres przeżywał na trzeźwo, sprawiał jeszcze gorsze wrażenie. Kompletna deprecha.

Kolejne półtora roku grał w ukochanym ŁKS. - Można być pewnym, że wtedy też pił - śmieje się Obarek. - Skoro pił w Grecji, to na swoim osiedlu miałby tego nie robić? Kumple na pewno się o to postarali.

Wprowadził łodzian do ekstraklasy i znów pojechał do Szwecji. Kolegów tam nie było, ale alkohol jednak tak. W trzecioligowym Bunkeflo zdążył rozegrać siedem meczów (i strzelić 5 goli), nim policja wyciągnęła go pijaniutkiego zza kierownicy auta w centrum Malmoe. Klub natychmiast rozwiązał z nim kontrakt, on sam trafił nawet do aresztu, bo sędzia bał się, że ucieknie z kraju.

Wrócił. Kiedy przyszedł do ŁKS podpisać kontrakt na rundę wiosenną sezonu 2006/07, był pijany niemal do nieprzytomności. W maju piłkarska Polska osłupiała. Podczas pierwszoligowego meczu ŁKS - Lech Poznań pijany Igor Sypniewski przeskoczył płot i na czele grupy chuliganów ruszył na sektor zajmowany przez szalikowców gości. Kamery zarejestrowały, że wyrywał krzesełka i atakował policjantów. Niedawno zapadł wyrok - 6 miesięcy ograniczenia wolności.

Dopiero w maju powiedział: - Nie ukrywam, że mam problem alkoholowy.

Wypadki toczą się coraz szybciej. Najpierw skarga kobiety, którą Sypniewski znieważył i obrzucił butelkami, później zatrzymanie za groźby wobec byłej partnerki. Za to czeka go kolejny proces, grozi mu do dwóch lat więzienia.

W tym samym czasie pojawił się na pierwszym treningu ŁKS przed sezonem 2007/08 i zadeklarował, że chce "zamknąć nieciekawy rozdział w życiu" oraz "wrócić do formy". Pojechał z drużyną do Szamotuł, ale ponieważ w czasie planowanego sparingu był pijany w sztok - wyrzucono go ze zgrupowania.

9 października Sąd Rejonowy w Łodzi aresztował Sypniewskiego na miesiąc.

Dlaczego?

Trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto odpowiada za poszarpane życie Igora Sypniewskiego? Bo równie dobrze można powiedzieć, że on sam, jak i że my wszyscy.

Nigdy nie miał mocnego charakteru, nie umiał odmawiać, nie rozumiał, że sport to wyrzeczenia, a nie przyjemności. Mentalnie do dziś jest niedojrzały.

Ale przecież to nie jego wina, że wychował się właśnie na łódzkim osiedlu Koziny. Ciężko mieć nienaganną przeszłość, kiedy dorasta się w rozbitej rodzinie, z bloku najbliżej do sklepu z wódką, wokół sami bezrobotni, a rówieśnicy jeden po drugim wyjęci z policyjnych kartotek. Sypniewski swoją drogę zawsze musiał wybierać sam. Po treningach czy meczach, kiedy już wszyscy poklepali go po plecach i poszli w swoją stronę, on wracał do wciąż tych samych znajomych spod tej samej budki z piwem. - Przy kolegach brakuje mi charakteru - przyznał później.

Nikt nie pokazał mu innego świata, nie podpowiedział, że można żyć inaczej. Także najbliżsi. Tragiczny to wniosek, ale sport tylko go dobił. Dzięki niemu miał coraz więcej pieniędzy na alkohol.

Ci, którzy czasem wyciągali do niego rękę, też nie byli na tyle mocni w swym postanowieniu, by poradzić sobie w sytuacji, w której Igor w pierwszym odruchu ich pomoc odrzucał. Inna sprawa, że on sam robił wszystko, by w końcu tą samą ręką na niego machali. Ale przykład Sypniewskiego pokazuje również, jak mało robi się w klubach, by rozwiązywać takie kłopoty. Dopóki picie nie przeszkadza w grze - nikt nic nie widzi. Kiedy wódka wygrywa z piłką - zawodnika się pozbywa.

Czy działacze i trenerzy, którzy mieli do czynienia z Sypniewskim, kontaktowali się z poradnią alkoholową, z psychologiem, innymi specjalistami? Czy byli w stanie dostrzec, że zwykłą prośbą i groźbą nic tu się nie zrobi? - Miałem go całą dobę pilnować? Przecież on pił wszędzie. Byłem jego trenerem, a nie opiekunem - argumentuje Jezierski. - Ile ja się razy z jego ojcem pokłóciłem! On uważał, że to klub odpowiada za Igora. A dlaczego sam nic nie zrobił, żeby syna wyrwać z nałogu? Moim zdaniem oni oboje z matką nie mieli na niego żadnego wpływu. A może nawet sami dawali zły przykład. Powiedziałem to ojcu Igora.

Fakt, że kluby nie interesowały się Sypniewskim, potwierdza również Chalemos: - W Panathinaikosie tylko mu palcem grozili i kazania prawili, że tak nie wolno. To wszystko.

Obarek widzi to jeszcze inaczej: - Igor nie umiał walczyć o swoje. Podpisywał słabe kontrakty, dawał się kiwać menedżerom. I później nikt o niego nie dbał, bo kogoś, komu się mało płaci albo kogo się oszukuje, po prostu się lekceważy. Dopóki strzelał gole, był dobry. Kiedy wódka była silniejsza, stawał się niepotrzebny.

Rodzina nie pomogła

Przykro to pisać, ale winą za porażkę Igor powinien podzielić się też z ojcem. To o tyle niewdzięczny temat, że sympatyczny, zawsze uśmiechnięty pan Stefan Sypniewski dziś sam jest ciężko chory, po zawale. O synu zawsze mówił tylko dobrze, nigdy nie chciał widzieć jego złych kroków, wybaczał mu wszystko, publicznie o nim kłamał. - Z Igorem nie ma żadnych kłopotów - to zdanie słyszałem z jego ust wielokrotnie.

Stefan Sypniewski zawsze uważał, że wszystko, co robił dla Igora, było dobre. Rzeczywistość jest jednak inna. Panie Stefanie, pamięta pan nasze wspólne dwie godziny w kawiarni kilka lat temu, kiedy Igor był już blisko dna? Szkoda, że nie dał się pan wtedy przekonać, że im więcej pan ujawni prawdy o Igorze i im szybciej to zrobi - tym będzie dla wszystkich lepiej.

- Za dużo ludzi w życiu zrobiło mi krzywdę. Trafiałem na złych ludzi, którzy mnie okradali. Pisano, że mam miliony dolarów, a ktoś je wziął do kieszeni - tak w maju Igor Sypniewski oceniał swoją karierę.

Dziś w rodzinie Sypniewskich nikt nie chce już nic mówić. Pan Stefan o synu, Igor o alkoholu, matka o nich obu...

- To smutna sprawa - mówi cicho Jezierski. - Spotkałem ostatnio ojca Igora. Powiedział mi, że to ja miałem rację.

Wypowiedzi Igora Sypniewskiego pochodzą z wywiadu dla "Dziennika Łódzkiego" z maja 2007 r.

Przeczytaj także: Krzysztof Baran - przepita piłka