Policzek i wyzwiska przy szpitalnej bramie

Poznaniak Janusz Kmiecik wiózł do szpitala żonę, która miała krwotok. Przy bramie dopadł go ochroniarz i kazał natychmiast odjechać, bo - jak groził "wezwie gliny". Dlaczego? Bo mężczyzna nie zapłacił za wjazd

Do awantury doszło przy bramie szpitala na ul. Przybyszewskiego w Poznaniu. Anestezjolog Janusz Kmiecik bardzo się spieszył. Wiózł samochodem żonę, u której pojawiły się pooperacyjne powikłania - krwotok tętniczy, który mógł grozić nawet śmiercią. Pacjentka była umówiona z chirurgiem, który dziewięć dni wcześniej usuwał jej nowotwór z jelita.

Janusz Kmiecik opowiada "Gazecie": - Przy szpitalnej bramie poinformowałem ochroniarza o komplikacjach żony i zapewniłem, że uiszczę opłatę za wjazd na parking, gdy tylko dowiozę ją do izby przyjęć. I w tym właśnie momencie od strony portierni podbiegł do mnie jakiś mężczyzna i obrzucał wulgaryzmami. Krzyczał:"Gdzie się spieszysz, ch...". I uderzył mnie w twarz. Nacisnąłem pedał gazu i odjechałem w kierunku izby przyjęć. Tam dopadł mnie umundurowany ochroniarz i poinformował, że mam natychmiast opuścić teren szpitala, bo "wezwie gliny" i zostanę "wypier...".

Pan Janusz zaraz po powrocie napisał do szpitala skargę i poprosił o ukaranie obu mężczyzn.

Dyrektor placówki Krystyna Mackiewicz odpisała anestezjologowi uprzejmy list z przeprosinami "za wszelkie przykrości". Poinformowała też o ustaleniach dotyczących przebiegu zajścia. Wynika z nich, że jeśli faktycznie ktoś uderzył lekarza, to musiał to być kierowca samochodu, który w tym samym czasie zamierzał wjechać na płatny przyszpitalny parking. Natomiast ochroniarzowi - jak wynika z listu dyrektor - można jedynie zarzucić to, że nie zapobiegł "takiej sytuacji". Krystyna Mackiewicz zapewniła, że "osoby odpowiedzialne za ochronę szpitala zostały upomniane i poinstruowane w zakresie odpowiedniego zachowania w stosunku do osób przebywających na terenie szpitala". Swój list dyrektor zakończyła słowami: "Mam nadzieję, że powyższe wyjaśnienia satysfakcjonują Pana".

List dyrektorki nie usatysfakcjonowały anestezjologa, a wręcz jeszcze bardziej zdenerwowały. O całej sprawie napisał do "Gazety". - Wygląda na to, że dyrekcja szpitala aprobuje napastliwe zachowania ochroniarzy, bo nawet jeśli człowiek, który mnie uderzył nie był ochroniarzem, to nikt nie stanął w mojej obronie - mówi Janusz Kmiecik.

Zbigniew Hupało, dyrektor ds. administracyjnych szpitala, przyznał w rozmowie z "Gazetą", że ochroniarz popełnił błąd . - Dlatego go upomnieliśmy - tłumaczy. I zapewnia: - To pierwszy przypadek tak poważnej skargi na zachowania pracowników ochrony. Będziemy z uwagą przyglądać się ich dalszej pracy. Jeśli podobne sytuacje powtarzałyby się, będziemy rozważać rozwiązanie umowy z tą firmą.