Wolę rząd mniejszościowy. Rozmowa z Henryką Bochniarz, prezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych, prezesem firmy konsultingowej Nicom

Uważam, że podstawy funkcjonowania gospodarki nie są zagrożone. Przeżyliśmy tyle rządów, zawirowań, lustrację i teczki Macierewicza i zawsze szło do przodu. Może i tym razem się uda - mówi Henryka Bochniarz

Wolę rząd mniejszościowy. Rozmowa z Henryką Bochniarz, prezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych, prezesem firmy konsultingowej Nicom

Uważam, że podstawy funkcjonowania gospodarki nie są zagrożone. Przeżyliśmy tyle rządów, zawirowań, lustrację i teczki Macierewicza i zawsze szło do przodu. Może i tym razem się uda - mówi Henryka Bochniarz

Rafał Kalukin: Jak się Pani podoba skład nowego parlamentu?

Henryka Bochniarz: Oczekiwałam, że po okresie kiepskiej koalicji, która nie była w stanie podejmować wielu istotnych decyzji, pojawi się ugrupowanie mające za sobą większość i być może zacznie realizować swój program. Że skończy się zamieszanie i zacznie porządek.

A tu szykuje się jeszcze większy nieporządek?

- Zadaję więc sobie pytanie, co jest lepsze: rząd mniejszościowy czy niespójna koalicja?

I jaka jest odpowiedź?

- Z punktu widzenia przedsiębiorców wolałabym rząd mniejszościowy, bo jeśli SLD chce realizować program gospodarczy, o którym wcześniej mówiło, nie sądzę, by nie znalazł poparcia chociażby w Platformie. Byłaby wtedy szansa na w miarę akceptowalny stan finansów publicznych.

Ale o którym programie SLD Pani mówi? O tym socjalnym z początku kampanii wyborczej czy o tzw. planie prof. Belki ogłoszonym w ostatnich dniach kampanii?

- To fakt, że SLD nie ma konsekwentnego programu. Nie wiadomo, czy to, co np. mówił Wiesław Kaczmarek [postulował m.in. zawieszenie przekazywania składek emerytalnych do funduszy emerytalnych i przekazywanie ich do budżetu - red.], jest programem SLD, czy programem SLD są też zapowiedzi Marka Belki. Mimo wszystko wydaje mi się, że większa skłonność do zrobienia porządków w finansach publicznych będzie wtedy, gdy powstanie rząd mniejszościowy. Obawiam się koalicji - czy to z PSL, czy to Samoobroną (chyba tylko takie wchodzą w grę) - bo to może oznaczać niemożność podjęcia jakiejkolwiek decyzji.

A koalicja SLD-PO?

- Trzeba pamiętać, że Platforma to nowe ugrupowanie. Jego liderzy nie wiedzą nawet, jakich ludzi mają w parlamencie, bo system prawyborów dopuszcza przecież różne niespodzianki. PO to znak zapytania. Dla Platformy wchodzenie w koalicję i konieczność zawierania kompromisów - w sytuacji, gdy PO nie jest jeszcze partią i nie odpowiedziała sobie na pytanie, czym chce być - może przekreślić cel powołania tego ugrupowania, czyli budowę centroprawicy. Trudno znaleźć argumenty na rzecz koalicji SLD-PO.

Czyli rząd mniejszościowy SLD? Jeszcze rok temu przedsiębiorcy mówili o samodzielnym rządzie Sojuszu z obawą, a teraz SLD staje się mężem opatrznościowym podtrzymania liberalnego kursu państwa?

- No tak. To paradoks, który powinien dać nam wiele do myślenia. Musimy zastanowić się, jak powinna funkcjonować klasa średnia. Jeśli Polska dzieli się na Polskę reformatorską, proeuropejską oraz Polskę, która czuje się odrzucona, to taki podział jest wyzwaniem dla elit politycznych i gospodarczych.

Gdyby oprzeć się na retoryce polityków z ostatnich czterech lat, to dojdziemy do wniosku, że tylko 60 posłów w nowym Sejmie chce państwa liberalnego.

- Nie sądzę. Weźmy nasze badania preferencji przedsiębiorców: 40 proc. na PO, 40 proc. na SLD, 15 proc. na UW. Jednak gdy zadaliśmy pytanie o to, który program gospodarczy jest najlepszy dla przedsiębiorców, 80 proc. wskazało na Platformę i 20 proc. na SLD.

Z jednej strony przedsiębiorcy po okresie przepychanek w koalicji czekali na spokój i przewidywalność, i z tym identyfikowali SLD. Z drugiej strony - program SLD miał mniejsze poparcie. Ale przecież SLD to nie jest monolit. Pytanie, na ile reformatorskie siły będą dominować w Sojuszu. O to martwię się najbardziej. Przecież Unia Pracy to ugrupowanie bardzo roszczeniowe.

Pracodawcy najczęściej postulują obniżenie podatków i liberalizację kodeksu pracy. O tym nawet reformatorzy z SLD nie chcieli mówić. Wychodzi więc, że o podatkach i kodeksie można na co najmniej cztery lata zapomnieć.

- Nie sądzę. Jeżeli chodzi o kodeks pracy, stosunkowo łatwo będzie można znaleźć porozumienie, zwłaszcza w sprawie korzystnych warunków dla małych firm. Spodziewam się akceptacji i SLD, i partii roszczeniowych, bo część drobnych przedsiębiorców to ich elektorat. Zresztą przez cały czas toczymy rozmowy z OPZZ i często się dogadujemy. Dla mnie znakiem zapytania jest natomiast postawa "Solidarności". Czy nie stanie się roszczeniowym i negującym wszystko związkiem?

Jest Pani pewna racjonalności OPZZ? Gdy SLD stworzył w 1993 r. rząd, miał ogromne problemy ze swoim zapleczem związkowym.

- Teraz liderzy OPZZ w ogóle nie kandydowali i sytuacja jest bardziej czytelna. Pokładam zresztą ogromne nadzieje w Komisji Trójstronnej. To powinno być miejsce, w którym dojdzie do starcia między związkami a pracodawcami. Takie starcie jest nieuniknione. Obie strony muszą wreszcie ze sobą rozmawiać i szukać kompromisów.

Z drugiej strony obawiam się, że dopóki nie dojdziemy do prawdziwego kryzysu, do 25 proc. bezrobocia i recesji, zrozumienie dla racji przedsiębiorców będzie wciąż ograniczone. Pytanie, czy do tego kryzysu musi faktycznie dojść.

A może obawy przed związkowym radykalizmem są anachronizmem w sytuacji, gdy w Sejmie będzie 50-osobowa reprezentacja Samoobrony?

- Nie wiemy, jak Samoobrona będzie funkcjonować w parlamencie. Doświadczenie uczy, że wejście do parlamentu trochę cywilizuje. Może więc okazać się, że Samoobrona wcale nie będzie ugrupowaniem radykalnym i pójdzie na kompromisy. Ugrupowania pozaparlamentarne przejmą wtedy odrzucony i niezadowolony elektorat.

To dobrze, że Samoobrona jest w parlamencie, bo i dyskusja będzie się toczyć w sposób bardziej parlamentarny.

Myślę, że dopóki instytucjonalne zabezpieczenia państwa i gospodarki będą funkcjonować, dopóki NBP będzie niezależny...

Skąd taka pewność? Trudno znaleźć w nowym Sejmie większą jednomyślność, gdy chodzi o ograniczenie niezależności NBP i Rady Polityki Pieniężnej.

- Nie wydaje mi się, by SLD głosowało za takim wnioskiem. Może co najwyżej jakaś część klubu... W obliczu radykalnej opozycji SLD zracjonalizuje wiele swoich poczynań. Gdy wahadło się wychyla, zawsze są siły zmierzające do wypośrodkowania sytuacji. Zresztą SLD niezależność NBP może być na rękę.

Coś nie wyjdzie, to zawsze można zrzucić odpowiedzialność na Balcerowicza?

- Ktoś współodpowiedzialny zawsze się przyda. Uważam, że podstawy funkcjonowania gospodarki nie są zagrożone. Przeżyliśmy tyle rządów, zawirowań, lustrację i teczki Macierewicza i zawsze szło do przodu. Może i tym razem się uda.