Bartoszewski: szukający tylko zła są chorzy

Uważam za nieszczęsnych i chorych tych, którzy szukają zła i tylko zła, którzy nienawidzą i głoszą nienawiść - mówił prof. Władysław Bartoszewski na inauguracji roku akademickiego na Uniwersytecie Opolskim.

Z wykładu prof. Bartoszewskiego:

"Miniony wiek, wiek straszliwych doświadczeń powinien nas pouczyć, że obowiązkiem człowieka myślącego w tym miejscu świata jest wdzięczność Bogu i ludziom za to, co osiągnęliśmy. Nieustanna wdzięczność.

W wieku XX nie istniał ani PiS ani PO... Byli natomiast dzielni i szlachetni Polacy, którzy mieli takie czy inne odcienie poglądów. Chcę wspomnieć, że do moich kolegów w rządzie Jerzego Buzka w latach 2000-2001, właśnie na przełomie, należeli m.in.: minister kultury i sztuki, znany dobrze w niedalekim Wrocławiu, pan Kazimierz Ujazdowski i minister sprawiedliwości pan Lech Kaczyński, a także minister obrony narodowej Bronisław Komorowski, z którym wspólnie praktykowaliśmy po raz drugi w życiu - bo pierwszy raz praktykowaliśmy w ośrodku internowania na terenie diecezji koszalińskiej. Koło Drawska, to było w 1981-1982 po nocy generałów, wracały pytania, kto gdzie był w nocy 13 grudnia Ja od 0.15 w nocy byłem pozbawiony wolności i całkowicie słusznie z punktu widzenia junty, bo ich i moja filozofia były nie do pogodzenia. Otóż wtedy zetknąłem się bliżej z Bronisławem Komorowskim, który jako mój kolega i przyjaciel - ośmielę się powiedzieć, choć z pokolenia mojego syna - pozostał trwale i jest w katalogu moich dobrych znajomych. Wychowany w Rzeczypospolitej bez numeru, nie mam nawyku ogłaszania ani umieszczania w gazetach, kto przestał być moim przyjacielem. Jak przestał, to wie! (...)

Tytuł mojego dzisiejszego wykładu to: refleksja. Refleksja dotyczy czasu, miejsca, osoby.

(...) Byłem produktem przeciętnym i całkowicie typowym, nieprzeciętne może było tylko to, że inna byłaby moja refleksja, gdyby moja matka nie zdecydowała, że będę się uczył w prywatnych szkołach katolickich. I przed wojną skończyłem zarówno gimnazjum, jak i liceum prywatne katolickie, wychowywany bardzo świadomie w tym duchu. Tak jak to się mówiło pięknie na sztandarach szkolnych - w miłości do Boga i ojczyzny. Nie mówiło się między nami o Bogu i ojczyźnie. O Bogu czasami przy okazji rekolekcji. O ojczyźnie w ogóle. Ojczyzna to była sprawa jak oddech świeży, jak powietrze. Tym się oddychało. Tym się żyło. Tym się było! Nikt nie mówił: jestem, jestem, jestem. Nikt nie mówi: oddycham, oddycham, oddycham. Nie wyobrażam sobie, żebym ja pozwolił sobie mając lat 12, 14, 17 zapytać jakiegoś mojego kolegi czy mojej koleżanki: czy jesteś patriotą?! Pewno by mi dał kuksa albo pomyślał, że mi się coś przekręciło. A czym miałby być?! Oczywiście jest synem tego kraju! Ojczyzny!

I wydaje mi się, że z tego myślenia pochodzi generacja Polaków, która tak obficie zaludniła - w cudzysłowiu - cmentarze od Narwiku do Tobruku i Monte Cassino i której kości w tak wielkim procencie użyźniają albo upamiętniają ziemię od koncentracyjnych obozów pomiędzy Renem a Łabą, poprzez Oświęcim do archipelagu Gułag. (...)

Młodszy jestem od naszego wielkiego i wspaniałego Polaka Jana Pawła II, który zdobył maturę w roku 1938, ja zrobiłem ją w 1939. Mieliśmy podobne programy szkolne, czytaliśmy te same książki. Oglądaliśmy te same sztuki, słuchaliśmy tego samego radia. Telewizji na szczęście nie było. Ale oglądaliśmy filmy w kinach te same. Miałem okazję z Janem Pawłem II jako z Papieżem rozmawiać o problemie wychowania młodzieży, formacji, myślenia i doświadczeń naszej młodości. Całkowicie w cztery oczy, nawet bez ojca Stanisława. I, bardzo szczerze, to było poruszające dla mnie, to wspomnienia mego życia. (...)

Młodzi, potrzebna jest wasza obecność, nie tylko przy urnach wyborczych, ale w każdym procesie społecznym i publicznym. Potrzebna jest też gotowość do działania. Wiek XX powinien nas wszystkich uodpornić na wszelką nietolerancję. My, dzisiaj nietolerancyjni, możemy paść ofiarami nietolerancji silniejszych. (...) Więcej skromności i umiaru. (...)

Na razie jest jak jest, żyjemy jak żyjemy. Musimy starać się, by to życie było jak najjaśniejsze. By u schyłku prywatnego, własnego doświadczenia, w refleksji iluś tam dziesiątek lat każdy mógł powiedzieć: "No, szło to jak szło, udawało się, nie udawało, ale warto było".

( ) Mój punkt widzenia jest punktem szukania dobra. Szukania budowy mostów. Szukania tego, co ludzi zbliża, budowania i umacniania tego, co ludzi zbliża. Uważam za nieszczęsnych i chorych - powtarzam - chorych tych, którzy szukają zła i tylko zła, którzy nienawidzą i głoszą nienawiść. To jest jedna z moich refleksji u kresu życia, bo uważam, że istnieje w naszej obyczajowości, w pojęciach chrześcijańskich i wychowawczych, co nieraz mówili dziadkowie i rodzice, "klątwa złego uczynku". Że jak ktoś zrobi coś złego to za nim się to ciągnie. Przekleństwo złych czynów. Ale istnieje też błogosławieństwo dobrych czynów! Istnieje nagroda nie tylko w niebie, ale często i na ziemi. Istnieje satysfakcja uczynienia dobrze, wyciągnięcia ręki. Myślę, że to nie jest język typowy dla polityków w którymkolwiek kraju europejskim i pozaeuropejskim. ( )

( ) Zapytał mnie kiedyś Helmut Kohl, który był gorącym wyznawcą naszego Papieża, o czym pisał i mówił wielokrotnie. Więc zapytał mnie kiedyś w cztery oczy: "Słuchaj, jak to właściwie jest? Przyjeżdża do Polski, miliony ludzi dni i noce mu towarzyszą, a potem wyjeżdża, a ludzie idą i wybierają "czerwonych"? Oczywiście musiałem mu odpowiedzieć, ponieważ dyplomacja nie polega na wrzaskach, a na rozmowach. Więc mu powiedziałem: Spojrzyj na swoje NRD. Wpompowaliście w to bilion marek, a oni chodzą i głosują w 25-30 procentach na oficjalną kontynuację partii komunistycznej. A nasza partia socjaldemokratyczna twierdzi, że w ogóle nigdy komunistyczna nie była. Nigdy nikt nie był komunistą, wszyscy byli socjalistami. ( ) Zastanów się, widocznie barometr głupoty ludzkiej jest taki sam - niemiecki i polski. ( ) Nieautentyczne są farbowane lisy, które nie będą żadnymi wypędzonymi ani usuniętymi, opowiadają o sobie różne bzdury i kłamstwa i do nich należy przede wszystkim, już dzisiaj tak sławna, ponad zresztą wszelkie zasługi, pani Erika Steinbach, która po pięćdziesiątej którejś życia wiośnie, jako nieudana wiolinistka, postanowiła się zająć polityką. Ja uznaję jej dobre prawo do zajmowania się polityką, ale niech ona zajmuje się Niemcami, a nie nami, bo my się nie zajmujemy bezustannym przypominaniem roli Luftwaffe w Rumii pod Gdynią, gdzie jej tata służył i w polskim mieszkaniu mieszkał, i została tam spłodzona i urodzona, i potem matka była na tyle rozsądna, że jak się front przesuwał, to szybko uciekła. I miała rację!

Zadałem takie pytanie w Berlinie: czy gdyby tata pani Steinbach był podoficerem Luftwaffe nie pod Gdynią, a w Lyonie, to pani Steinach żądałaby milionów od Chirac'a?! ( ) Jaka logika; przyjeżdża okupant, korzysta z tego kraju, a potem jego rodzina zgłasza roszczenia? Można oczywiście zajmować się ochroną wielorybów, nie będąc wielorybem. ( )