W okopach

W starciu z politykami nie wygrywają ani ci dziennikarze, którzy im wiernie służyli, ani też ci, których podsłuchiwano

Listy OD redakcji - taka nowa forma rozwinęła się w polskiej prasie na przełomie sierpnia i września. Jako wyraz protestu lub tłumaczeń, zależnie od tego, czy politycy ustawili dziennikarza albo redakcję po swojej czy po przeciwnej stronie.

24 sierpnia, "Gazeta Wyborcza", list Wojciecha Czuchnowskiego do ministra Ziobry: "Zwracam się do Pana z pytaniami: Kiedy byłem podsłuchiwany?; Co się stało z nagraniami i sporządzonymi z nich stenogramami? (...); Czy chciał Pan, by CBŚ kontynuowało podsłuchiwanie mojego telefonu? (...) Brak szczegółowej odpowiedzi będzie oznaczał, że przyznaje się Pan do winy".

29 sierpnia, "Dziennik", list otwarty Jerzego Jachowicza do Janusza Kaczmarka: "Prostuję Pana informację (o inspirowaniu dwóch tekstów J.J. przez Zbigniewa Ziobrę - przyp. red.), ponieważ sugeruje ona, jakobym wypełniał jakieś polityczne zamówienia. Tymczasem wie Pan przecież od lat, że należę do licznej grupy tzw. dziennikarzy apolitycznych, którzy skaczą do gardła każdemu, kto narusza prawo lub go nadużywa".

1 września, "Polityka", komentarz Jerzego Baczyńskiego: "Czy dziennikarze, również naszej gazety, byli podsłuchiwani? Czy są podsłuchiwani nadal? Jak mamy się tego dowiedzieć, skoro służby specjalne są całkowicie w rękach władzy, a polityczna i prawna kontrola nad nimi jest czysto iluzoryczna? Skoro wszystko jest objęte tajemnicą? (...)".

Jak kelnerzy

Lawina pytań ruszyła po tym, jak 22 sierpnia były minister spraw wewnętrznych i administracji Janusz Kaczmarek oskarżony przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę o to, że był źródłem przecieku o akcji Centralnego Biura Antykorupcyjnego przeciwko Andrzejowi Lepperowi, zeznawał przed sejmową komisją ds. służb specjalnych. Mówił wprost, że minister Ziobro inwigilował i podsłuchiwał m.in. dziennikarzy oraz zbierał materiały przeciwko niezależnym mediom. Wymienił nazwiska dziennikarzy, o których wiedział, że byli inwigilowani. W tej grupie byli: Marek Balawajder (RMF FM), Wojciech Czuchnowski ("Gazeta Wyborcza"), Maciej Duda (do niedawna "Rzeczpospolita", obecnie "Newsweek Polska"), Bertold Kittel (do niedawna "Rzeczpospolita"), Sylwester Latkowski (freelancer), Roman Osica (RMF FM), Piotr Pytlakowski ("Polityka"), Igor Ryciak ("Newsweek Polska"). Kaczmarek wymienił też tych, którym Ziobro miał ponoć podsuwać materiały uderzające w przeciwników. Byli to: Anita Gargas (TVP), Tomasz Sakiewicz ("Gazeta Polska") i Jerzy Jachowicz ("Dziennik").

Wkrótce Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała Janusza Kaczmarka. TVP w porze najlepszej oglądalności transmitowała specjalną konferencję prokuratury, na której podważyła ona wiarygodność byłego ministra.

Jednak wśród dziennikarzy bomba już poszła w górę. Zaczęto sprawdzać, jakim sposobem mogli być podsłuchiwani. Piotr Pytlakowski pisał w "Polityce": "Z dwóch niezależnych źródeł potwierdzono mi, że moje i innych dziennikarzy numery telefonów komórkowych znajdują się w "Rejestrze wniosków i zarządzeń dotyczących kontroli operacyjnych" Komendy Głównej Policji. To znaczy, że byłem (nie tylko ja) podsłuchiwany jako tzw. figurant przez wydział techniki operacyjnej CBŚ".

Zeznania Kaczmarka potwierdziły podział mediów na te, które PiS uważał za swoje, oraz te, które są mu wrogie. - Wśród tych pierwszych władze zaczęły szukać przychylnych dziennikarzy i sprzedawać im informacje, na których ukazaniu się im zależało - twierdzi Wojciech Czuchnowski. Anna Marszałek z "Dziennika" dodaje: - Liczba przecieków ze strony władzy wzrosła w ostatnich dwóch latach o kilkaset procent, ale takie materiały dostają tylko zaufani, pewni dziennikarze.

- Kaczmarek potwierdził to, co wielu z nas widziało i czuło, ale na co nie było dowodów: że w wykonaniu części dziennikarzy dziennikarstwo śledcze zmieniło się w przesyłowe. Że niektórzy z nas stali się kelnerami, a zamawiającymi dania i szefami restauracji byli politycy - komentuje Tomasz Lis, członek zarządu Polsatu.

Tekst niewygodny

Większość wymienionych przez Kaczmarka dziennikarzy informacja o ich inwigilowaniu nie zaskoczyła. - Wiedzieliśmy o tym od jakichś dwóch, trzech miesięcy z różnych źródeł, ale to nie były informacje w żaden sposób weryfikowalne - mówi o sobie i Marku Balawajderze Roman Osica z RMF-u.

- Atmosfera nieufności zapanowała od początku rządów PiS-u. Mówiło się: "To nie na telefon, spotkajmy się". Jednak dowodów na to, że ktoś nas podsłuchuje, nie było do maja - przyznaje Piotr Pytlakowski.

Igor Janke, domagający się w "Rz" powołania komisji śledczej, by sprawdziła informacje Kaczmarka, jakoś zapomniał dodać, że jego dziennik miał wiosną napisany tekst na ten temat, tylko go nie opublikował. Przygotowali go dla "Rzeczpospolitej" Maciej Duda i Bertold Kittel. Jednak szefostwo gazety uznało, że jest za słabo udokumentowany i nie dało go do druku.

- Już ponad rok temu wiedziałem o naradzie u ministra Ziobry z udziałem między innymi Marzeny Kowalskiej, szefowej warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej, Konrada Kornatowskiego, ówczesnego wiceszefa tej prokuratury, i Janusza Kaczmarka. Ziobro chciał wtedy zdobyć moje billingi - opowiada dziś Maciej Duda. - To było po cyklu moich tekstów dotyczących śledztwa w sprawie zabójstwa generała Marka Papały i o krakowskich prokuratorach działających pod rządami Ziobry. Wielu prokuratorów zaczęło mnie wtedy ostrzegać, że też mogę być podsłuchiwany. Jednak dowodów na to nigdy nie miałem.

Na przełomie zimy i wiosny br. Duda i Kittel znowu dowiedzieli się o podsłuchiwaniu dziennikarzy. - Mieliśmy informacje z dwóch niezależnych źródeł. Dowiedzieliśmy się, że podsłuchiwano detektywa Rafała Rutkowskiego z Gdańska, a poprzez niego telefonujących doń dziennikarzy, między innymi Pytlakowskiego i Kittela. Wiedzieliśmy, że wysocy urzędnicy państwowi odsłuchali przynajmniej część nagrań, bo rozpoznali głos jednego z dziennikarzy. Sprawdziliśmy to. Rzeczywiście, nagrany został ten dziennikarz, o którym mówili - opowiada Duda. W swoim tekście dla "Rz" opisali to, ale niemal bez nazwisk i szczegółów. - Po zeznaniach Kaczmarka okazało się, że zakres tego, o czym wiedzieliśmy, pokrywał się w dużej mierze z tym, co powiedział on komisji do spraw służb specjalnych - kończy Duda.

Gdy na początku sierpnia Zbigniew Ziobro w TVN 24 mówił o dymisji Janusza Kaczmarka, stwierdził, że były minister nagrywał na dyktafon dziennikarzy, m.in. Dudę. Sam dziennikarz opowiada: - Gdy przyszedłem do ministerstwa na rozmowę z ówczesnym dyrektorem Biura do spraw Przestępczości Zorganizowanej Bogdanem Święczkowskim, okazało się, że nie będę rozmawiał z nim, tylko czeka na mnie Kaczmarek. Wszedłem do jego gabinetu, a on pokazał mi na kartce napis "Uważaj, bo cię nagrywam" i dyktafon ukryty w stercie akt. Tłumaczył się potem, że zrobił to na polecenie Zbigniewa Ziobry.

Piotr Gabryel, zastępca redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej", pytany, dlaczego gazeta nie opublikowała tekstu o podsłuchach, mówi krótko: - To wewnętrzne sprawy redakcji.

Michał Kobosko, redaktor naczelny "Newsweek Polska", żałuje, że tekstu Dudy i Kittela nie opublikowano. - Gdy stawia się tego rodzaju oskarżenia, trzeba mieć oczywiście dowody. Nie znam tego artykułu, ale to źle, że się nie ukazał, choćby w ostrożnej formie. To byłby ważny element w procesie oczyszczania środowiska dziennikarskiego - mówi Kobosko.

- Gdy czytam ten tekst dzisiaj, myślę, że pisaliśmy go, zachowując dużą ostrożność - mówi Maciej Duda. - Adwokat "Rzeczpospolitej" dopuścił artykuł do druku od strony prawnej, ale kazał usunąć wiele szczegółów. Gdyby się ukazał, nawet tak okrojony, może te sprawy zaczęłyby być wyjaśniane wcześniej - dodaje.

Prokurator nie pomógł

Dziennikarze wymienieni jako sprzyjający PiS-owskiemu rządowi nabrali wody w usta. Anita Gargas, szefowa publicystyki i reportażu TVP 1, zgodziła się odpowiedzieć tylko na pytania zadane na piśmie i tylko wówczas, jeśli opublikujemy obok tekstu całość pytań i odpowiedzi. W kwietniowej "Polityce" Jerzy Baczyński pisał: ""Misja specjalna" to modelowy program publicystyczny TVP IV RP. Ma on, najkrócej mówiąc, demaskować i odsłaniać ohydę układu, który rządził Polską, zanim władzę objęła koalicja PiS, Samoobrony i LPR".

Na rozmowę nie godzi się Jerzy Jachowicz, również wskazany jako wykonawca polityki Ziobry. W liście otwartym do Kaczmarka zaprzeczał, że był inspirowany przez ministra sprawiedliwości i tłumaczy okoliczności powstania swoich tekstów. Brzmi przekonująco. Tyle że jego nazwisko, umieszczone wśród dziennikarzy przychylnych PiS-owi, nie dziwi jego kolegów. Pamiętają np. jak krytykował dziennikarzy TVN-u za potajemne nagranie PiS-owskich polityków, próbujących przekupić Renatę Beger, by za stanowiska przeszła do nich. Pisał też o tym w "Dzienniku" w tekście "Przeciwko PiS działa stary układ".

Na rozmowę godzi się Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", i tak komentuje informacje Kaczmarka: - Minister Ziobro dzwoni do redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" i daje przeciek? Czysty idiotyzm. Janusz Kaczmarek oskarżył nas o współpracę z politykami PiS-u, bo chciał zastraszyć wszystkich dziennikarzy, którzy pisali lub mówili o jego przestępstwach.

I stwierdza zaskakująco otwarcie: - To ja próbowałem wpływać na Zbigniewa Ziobrę, by podjął pewne śledztwa. Nie chciał. Dopiero po naszym tekście w sprawie tak zwanych kwitów Kwaśniewskiego, czyli nadużyć w Komitecie do spraw Młodzieży i Kultury Fizycznej, minister kazał na nowo wszcząć postępowanie. Różniliśmy się natomiast co do oceny Radia Maryja, które zarzuca "Gazecie Polskiej" kłamstwa i manipulacje, i ciągle nas atakuje za ujawnienie współpracy arcybiskupa Stanisława Wielgusa z SB. Ziobro chciał mediować, żeby doprowadzić do wyciszenia awantury - kończy Sakiewicz.

A w kraju cisza

Do listy osób, którym Kaczmarek zarzucił, że część ich tekstów lub programów jest inspirowana przez Zbigniewa Ziobrę, wielu dziennikarzy mogłoby dopisać kolejne nazwiska. Wymieniają zarówno dziennikarzy, jak i całe redakcje (TVP, "Wprost", "Rzeczpospolita", "Gazeta Polska"), ale - jak przyznają - nie mają na to żadnych dowodów. Wojciech Czuchnowski: - Po tekstach widać, kto jak postępuje. Wierzę, że większość z tych dziennikarzy realizuje swoje własne poglądy i idee, ale zabrnęli w ślepy zaułek. Stali się słupami ogłoszeniowymi władzy, choć nikt się nie przyzna, że pracuje na wrzutkach.

Inwigilowanego Romana Osicę z RMF-u wcześniej próbowano wciągnąć do dziennikarzy dyspozycyjnych. - Członek obecnej władzy dał mi przeciek i spodziewał się, że w zamian będę unikał tematów niewygodnych dla PiS-u - przyznaje.

- Zawsze było tak, że rządząca partia była przychylniejsza mediom mającym tę samą orientację polityczną. Dopiero PiS podzielił radykalnie dziennikarzy na swoich i obcych - mówi Anna Marszałek z "Dziennika".

Inaczej widzi rzeczywistość Tomasz Sakiewicz z "Gazety Polskiej". - Dziennikarstwo jest dzisiaj zdecydowanie lepsze niż dawniej. Jest silna konkurencja mediów, wzajemnie patrzymy sobie na ręce. Kryzys nastąpi wówczas, gdy wszyscy będziemy mieć takie same poglądy. Tak, jak było na początku lat 90., kiedy dziennikarze o poglądach innych niż te w "Gazecie Wyborczej" byli spychani na margines - mówi.

Roman Osica zwraca uwagę, że dziś nie chodzi tylko o różnicę poglądów: - Nastąpiła olbrzymia polaryzacja mediów: na te, które idą z falą rządu, i na te, które idą pod prąd. Tak samo jest z dziennikarzami: u niektórych przekonania biorą górę nad obiektywizmem.

Co gorsza, podział w środowisku tak się pogłębił, że wydaje się, iż przepaść jest już nie do zasypania. - Jeszcze w ubiegłym roku, przy okazji ujawniania taśm Beger, dziennikarze z różnych mediów podpisali się solidarnie pod listem do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. SDP krytykowało prowokację zastosowaną przez TVN, my nie zgadzaliśmy się z takim stanowiskiem. Dzisiaj taka wspólna akcja nie byłaby już możliwa - uważa Czuchnowski.

Kiedy pojawiły się informacje o inwigilowaniu dziennikarzy, SDP już nawet nie zajęło stanowiska. Za granicą byłoby to nie do pomyślenia. Świadczy o tym natychmiastowa reakcja organizacji Reporterzy bez Granic, która zaapelowała o wyjaśnienie doniesień w sprawie podsłuchiwania przez ABW i CBŚ polskich dziennikarzy. Kilka dni później, po zatrzymaniu Kaczmarka w mieszkaniu Sylwestra Latkowskiego, Reporterzy bez Granic domagali się powołania komisji parlamentarnej, która wyjaśni informacje Kaczmarka o podsłuchiwaniu i inwigilacji dziennikarzy w Polsce. Z krajowych środowisk dziennikarskich żaden głos protestu nie popłynął.

- Mam wrażenie, że dziennikarze doszli do ściany. Zamiast pięknie się różnić, zaczęli ze sobą wojować niczym politycy - stwierdza Michał Kobosko.

Nie ma wygranych

Co ciekawe, również inwigilowani przez służby specjalne dziennikarze nie mają poczucia moralnej satysfakcji. - Nie jestem w o wiele lepszej sytuacji niż ci, którzy są uważani za dyspozycyjnych - mówi Wojciech Czuchnowski. - Środowisko jest rozbite, niezdolne do zaprotestowania przeciw manipulacjom polityków - wyjaśnia.

On, Duda i Osica mają poczucie, że zostali sami. - Ziobro mnie atakuje w "Gazecie Polskiej", mówiąc niemal wprost, że byłem dziennikarzem Kaczmarka - mówi Maciej Duda. - Gdzie jest Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich? Powinno krzyczeć, żądać wyjaśnień od władzy, walczyć o to, by zostało sprawdzone, czy dziennikarze byli inwigilowani. A oni nic nie mówią, zasłaniając się tym, że nie ma dowodów. SDP jest dziś organizacją prorządową. Albo się boi bronić dziennikarzy, albo nie może - zauważa z goryczą. Mówi to dziennikarz, któremu SDP przyznało w ub.r. Główną Nagrodę Wolności Słowa.

Zdaniem Michała Koboski w wyborach w 2005 roku PiS-owi udało się podważyć zaufanie części społeczeństwa do mediów. - Głosujący na tę partię w dużym stopniu dali się przekonać, że dziennikarzom nie trzeba ufać, bo media bronią jakiegoś tajemniczego i wszechmocnego układu. Teraz jesteśmy w nienormalnej sytuacji. Dziennikarze są zupełnie bezradni wobec tego, co się dzieje - ocenia naczelny "Newsweeka".

Nawet zeznania Kaczmarka nie otrzeźwiły środowiska. Jerzy Baczyński, redaktor naczelny "Polityki": - Polemika w mediach zmierza głównie do zadania ciosu, upokorzenia, trafienia celnym epitetem. Obie strony siedzą w swoich okopach, w gronie towarzyszy broni, prowadzą nawzajem ostrzał i nie próbują z tych okopów wyjść.

Co dalej? - Zaraza przyszła do świata dziennikarskiego z polityki i tylko stamtąd może przyjść uspokojenie. Jeśli nowa władza będzie mniej agresywna, sytuacja w mediach zacznie się uspokajać - uważa Baczyński.