Paweł Czapiewski: Osiemset metrów walki o życie

Finał mistrzostw świata miałbym niemal pewny. Bo na 800 metrów pan może mieć rekord sezonu 1.43 min, a ja 1.45, ale gdy w finale wszyscy się czają i nie ma wielkiego tempa, to ja mam szansę wygrać - mówi Paweł Czapiewski.

W 2001 roku Paweł Czapiewski wyskoczył niczym Filip z konopi z tylnego szeregu i fantastycznym, niebywałym finiszem zdobył na 800 m brązowy medal mistrzostw świata w Edmonton. Świat widział coś takiego chyba pierwszy raz.

Od tamtego czasu odbyły się dwa mistrzostwa świata, trzecie właśnie się zaczęły, minęły jedne igrzyska olimpijskie. A Czapiewski - największy talent w najbardziej wymagającej, porywającej tłumy hitowej konkurencji każdego mityngu Złotej Ligi - wciąż liże rany po kontuzji sprzed lat i walczy o powrót do czołówki. Właściwie już wrócił, ale nie zauważył tego związek i jego szefowa Irena Szewińska.

Radosław Leniarski: Już po raz trzeci będzie pan oglądał mistrzostwa świata w telewizji.

Paweł Czapiewski: Nie będę oglądał. Za dużo nerwów.

OK, prognozując moje szanse medalowe w Osace, można było się puknąć w czoło, ale nie tak znowu mocno. Przecież jadąc do Edmonton, gdzie zdobyłem brązowy medal, nie byłem dużo lepiej przygotowany niż teraz.

Szkoda mi kolejnej imprezy i straconego czasu. Już go dość straciłem. Cały czas się miotam, jestem na granicy wielkiego biegu. Potrzebuję jednego przełomu, takiego jak finał mistrzostw świata.

Dlaczego to takie ważne?

- Bo nieobecność na mistrzostwach świata oznacza brak zaproszeń na mityngi w drugiej połowie roku i brak możliwości osiągnięcia dobrego czasu. To z kolei oznacza, że w przyszłym roku będę musiał starać się bardzo o zaproszenia na mityngi, ale mogę wcale ich nie otrzymać.

Pięć lat temu biegałem i czułem się na torze mniej więcej tak dobrze jak teraz. Na mityngu w Monako biegłem za wszystkimi, ale zebrałem się w sobie na ostatnich 200 metrach, wyprzedziłem ich i osiągnąłem 1.44,50, biegnąc swoim tempem. Nic nie musiałem, niczym się nie przejmowałem. Samo się pobiegło.

Teraz w Leverkusen miałem równie dobrą formę, ale wiedziałem, że muszę osiągnąć minimum na MŚ. Ruszyłem bardzo ambitnie za "zającem", szybciej niż kiedykolwiek, dużo szybciej niż w Monako. I ścięło mnie, bo największą zbrodnią dla mojego organizmu to za mocno zacząć. Ale musiałem przecież walczyć o minimum. Błędne koło.

Nawet jak miałem formę, to presja wyniku, wymóg, aby broń Boże nie popełnić żadnego błędu powodują, że właśnie je popełniam. Ja tak nie mogę, nie umiem. Muszę być sobą w czasie biegu. Muszę mieć czas w d ie.

Poza tym ja zawsze mam słabszą pierwszą część roku. Wolno się rozkręcam. W 2001 i 2002 roku w pierwszej części sezonu biegałem o dwie sekundy wolniej niż w drugiej. Odwrotnie niż większość zawodników. Tyle że moją zmorą jest minimum.

Wybrał pan sobie taką konkurencję, a nie inną. Pan musi walczyć o siebie.

- Moje minimum na mistrzostwa świata jest, inaczej niż w większości konkurencji, o wiele trudniejsze do osiągnięcia niż limit na igrzyska olimpijskie. Do tej pory osiągnęło je dwudziestu ludzi na świecie.

Krótko mówiąc, jest pan wściekły na PZLA, że nie zauważa tych ważnych szczegółów?

- Tak. Oczywiście działacze mogą powiedzieć, że bierzemy tylko tych, którzy zdobyli minimum. Ale dlaczego nie można zrobić wyjątków, biorąc pod uwagę te właśnie względy.

Pojechał pan do Warszawy, lobbował?

- Ja nie. Miałem grupę lobbystów, ale nie udało się. Sam, powiem szczerze, z panią prezes nie lubię rozmawiać. No i byłby taki argument, że młody, czyli Dąbrowski, by nie pojechał, choć ma lepszy czas niż ja. No to choćby jego wzięli. Ale też nie. PZLA powiedział, że nie robi wyjątków. Koniec.

Właściwie teraz to najbardziej dominuje u mnie żal do związku, a nie wściekłość. Związek to pani prezes. Ona nie zdaje sobie sprawy, że człowiek czasem potrzebuje pomocy. To dlatego, że wszystko jej przychodziło, ot tak, jak pstryknięcie palcami. Owszem, pomaga mi związek w szkoleniu, ale żal mam, że nie dał mi szansy. Poza tym, to głupota dawać sportowcowi pieniądze na zgrupowania, inwestować w niego, a na końcu nie puścić na mistrzostwa świata.

Minima są, żeby było sprawiedliwie.

- Jaka to sprawiedliwość, skoro można być szóstym 400-metrowcem w Polsce i jechać do Osaki i można być 20. ośmiusetmetrowcem na świecie i nie jechać Niech pan się nie powołuje na sprawiedliwość. Sprawiedliwość byłaby wtedy, gdyby ktoś rozpatrzył wszystkie za i przeciw.

Załóżmy, że dostałby się pan do finału, gdzie biegnie ośmiu najlepszych Co to oznacza?

- Mityngi Złotej Ligi, lepsze czasy, 25 tys. euro za zwycięstwo, kilka tysięcy za start. To dla mnie ważne, bo mam 29 lat i muszę składać kupkę na starość. Ale największą motywacją jest wynik. Udowodnienie sobie i innym, że mogę biegać na światowym poziomie.

Czasem sobie wyobrażam taki finał. Jakbym pobiegł 1.44,50, tobym chyba zwariował ze szczęścia. Pokazałbym wszystkim - patrzcie, jeszcze umiem. Panie, ja już pięć lat na to czekam, pięć lat walczę z kontuzjami. Taki wynik dałby mi szacunek do samego siebie. W życiu miałem takich biegów dziewięć. Byłby więc dziesiąty. Wie pan, ja pamiętam bardzo dobrze bieg, w którym złamałem po raz ostatni barierę 1.45 min. Było to w Rieti w 2002 roku. Przez 15 minut po końcu tamtego wyścigu byłem pewien, że złamałem granicę 1.44. Gdy zobaczyłem tablicę z wynikiem 1.44,57 byłem wściekły na tak słaby czas. Chyba rzuciłem tym na siebie jakieś przekleństwo.

Zaczęło się od kontuzji w 2002 roku i pasma złych decyzji. Popełnił pan błąd. Pan albo trener Król.

- Jak w grudniu jeszcze raz zastanawialiśmy się z trenerem nad przyczynami, to stwierdziliśmy, że największym naszym grzechem był brak dystansu. Przerosły mnie czy też nas moje własne osiągnięcia. Przez pierwsze osiem lat trenowania nie miałem żadnej kontuzji. Nic kompletnie. Dostałem się na szczyt, byłem w światowej czołówce. Opadła mnie euforia. I wtedy przyszła pierwsza kontuzja. Myślałem: "Boli? Eeee, zaraz przejdzie". Szkoda mi było czasu na kontuzje.

Dopiero po dwóch miesiącach dowiedziałem się, co mi dolega - co, swoją drogą, wiele mówi o poziomie polskiej medycyny sportowej. Było to chroniczne zapalenie rozcięgna podeszwowego. Podleczyłem się i jeszcze niemal kuśtykałem, ale już wróciłem do ostrego treningu. Po pewnym czasie noga znów zaczęła mocno boleć. Ale był to już sezon przed igrzyskami, więc musiałem biegać. Brałem dwie tabletki przeciwbólowe przed treningami, przed startem, żeby na pół dnia stłamsić ból. Okazało się, że one błyskawicznie obniżają wydolność. Biegałem wolniej i wolniej, z tygodnia na tydzień, a na treningach się zarzynałem. W ten sposób cofnąłem się do czasów juniora i mieliśmy koniec sezonu 2006 roku.

Postanowiłem całkowicie zresetować i wyzerować system. Jako informatyk wiem, że gdy w systemie się sypie, to najlepiej go na nowo sformatować. Ja z tymi wszystkimi kontuzjami zacząłem biegać krzywo pod względem technicznym, bo mimowolnie lub z pełną świadomością odciążałem chore i bolące części ciała. Musiałem zacząć jeszcze raz na nowo. Najpierw przez cztery miesiące nie ruszyłem nogą. Potem wolno zacząłem treningi bez wielkich obciążeń, pracując jak młodzik nad techniką, odbudowując utraconą wytrzymałość. Na razie działa. Zacząłem biegać bardzo szybko, mimo że wytrzymałość - decydującą być może cechę u ośmiusetmetrowca - buduje się latami, tworząc solidny fundament na przyszłość. Teraz pracuję na rok 2008.

Czuję, że wróciłem z bardzo dalekiej podróży.

Nie spotkałem jeszcze sportowca, który walczyłby tak o powrót na bieżnię. Kolejne kłody zdejmuje pan ze swojej drogi, ale pasmo nieszczęść sportowych musiało się jakoś odbić na pana życiu

- Pomaga mi mój niepoprawny optymizm. Może to dziwacznie zabrzmi w tej sytuacji, ale uważam się za dziecko szczęścia. Teraz jest tylko krótka przerwa. Czekam, aż to szczęście wróci. Utrzymuje mnie przy zdrowiu psychicznym to, że wiem, że jestem bardzo, bardzo blisko czołówki światowej. Tłumaczę sobie, że coś nie wychodzi w tym czy i innym biegu, ale to drobiazgi.

Lekkoatletyka to bardzo zazdrosna kochanka. Jestem sam, nie mam rodziny. Gdyby miał, to byłby koniec. Za duża odpowiedzialność. A tak, jak skończę pod mostem, to tylko ja.

Czy to prawda, że sprzedał pan mieszkanie, aby móc trenować?

- Sprzedałem mieszkanie, bo stało puste i dlatego, aby mieć jakieś pieniądze, kiedy trenuję. To była inwestycja w sport, bo wierzę, że wrócę do biegania. Postawiłem na jedną kartę.

Żyję z oszczędności z lat, kiedy biegałem szybko, a teraz mam stypendium sportowe. Za kilka obozów w Afryce zapłaciłem z własnej kieszeni. Na szczęście to nie są drogie rzeczy. Teraz związek płaci za moje obozy, bo uznał, że jednak dobrze rokuję. Czyli inwestując te pieniądze w grudniu, już zarobiłem - zdobyłem kolejny przyczółek w walce o powrót do wielkiego sportu.

Tymczasem podobno 80 procent sportowców nie wraca po takiej kontuzji do formy

- Będę w tych 20 procentach. Najlepsze wyniki jeszcze są przede mną.

Uważam, że sam fakt, że doszedłem w pierwszej części mojej kariery do takich sukcesów, świadczy o tym, że jestem wśród jednej setnej procentu szczęściarzy. Było tyle pokoleń polskich biegaczy i ilu z nich udało się tyle, co mnie? Medalu nie zdobył żaden.

Teraz moim bogactwem jest doświadczenie. Każdy mój krok jest przemyślany. Weźmy dwa biegi na Pucharze Europy, obydwa zwycięskie. Między nimi było - co do dnia - sześć lat przerwy. I jaka różnica w ich rozgrywaniu! Wtedy jako 23-latek po prostu pobiegłem, w euforii, po prostu jak najszybciej w każdym momencie. Teraz każdy krok miałem przemyślany.

Widzi pan przewodnik po Chinach z dużym rozdziałem o Pekinie. Kupuje pan?

- Cóż, świat nie jest chyba aż tak niesprawiedliwy, żebym miał do Pekinu nie pojechać. Chociaż Minimum olimpijskie zrobiłem już ze 20 razy i nie byłem na igrzyskach, a są ludzie, którzy zrobili raz i byli.

A nie ciągnęło pana, by wziąć coś, co da potężnego "Speeda" w decydującym momencie walki o minimum?

- Mówi pan o dopingu? Miałem luźną propozycję, i to ostatnio. Przed mityngiem w Leverkusen ktoś - nie mogę powiedzieć kto - w swobodnej rozmowie zaproponował bym, wziął efedrynę czy pseudoefedrynę. To środek, który działa szybko, i szybko znika z organizmu. Wiadomo było, że potrzebuję wyniku, bo walczę o wyjazd do Osaki. "Weź, zrobisz minimum, a jak masz zgryzoty, to przecież na mistrzostwach świata będziesz już czysty. A w Leverkusen nie będzie kontroli". To drobne oszustwo byłoby jak złota ręka Maradony w meczu z Anglią.

Pomyślałem, Jezu, gdyby teraz mnie przyłapali, rzuciłoby to czarny cień na całą moją karierę. Nieważne, że wziąłem coś w wieku 30 lat, bo byłem śmiertelnie zdesperowany. To gra niewarta świeczki, nie mówiąc o moralnych oporach.

Była kontrola w Leverkusen?

- Była.

Ale gdy teraz jest pan poza czołówką, to chyba pana nie kontrolują na obozach?

- Teraz to mógłbym jeść wszystkie zakazane środki kilogramami. Aż by mi się uszy trzęsły. Żadnej kontroli antydopingowej. Nic. Przestałem istnieć. Wiolkę Janowską w RPA badali czasem co trzeci dzień. A mnie ani razu. Tylko że dla mnie doping to kwiatek do kożucha. Ja nie biegam dzięki fizjologii, ale dzięki biomechanice. Mnie nawet juniorzy w Polsce przewyższają, jeśli chodzi o parametry wydolnościowe. Ale mam przewagę nad nimi, gdy stajemy w kolcach w torze - bardzo długi krok, właściwie susy. To bardzo efektywny sposób pokonywania dystansu. Kenijczycy biją mnie na głowę na każdym treningu, Schuman bije mnie na głowę. A jednak na starcie, gdy trzeba założyć kolce, to z nimi walczę jak równy z równym. Bo odbijam się krótko, mocno. I zawsze wiem, kiedy mam formę, a kiedy nie. Jak nie mam, to 100 metrów robię 50 krokami. A jak mam formę to 42 susami i wiem wtedy, że mam noszenie. To zasługa trenera Króla, jego wielki sukces. Wilson Kipketer też tak biegał. Zrobił go trener Nowak.

Ten styl spowodował moją kontuzję, ale dla mnie nie ma innej drogi do sukcesu. Błędne koło.

Ale tego dopingiem się nie zrobi.

Zastanawiam się, w czym pan upatruje swoją szansę. No bo 1.42 pan już biegał pewnie nie będzie.

- W tym, że pętla antydopingowa się zacieśnia. Poziom się obniża. Wystarczy, że będę biegał 1.44. Wszystkie mistrzostwa i igrzyska wygrywa się teraz właśnie na tym poziomie. Czasy, kiedy na igrzyskach wynik ledwie sekundę gorszy od rekordu świata nie dawał miejsca na podium, już minęły.

W biegu na 100 m czy 400 m, jeśli czołówka jest o klasę lepsza, nic nie można poradzić. Nie ma szans na medal, na finał, na nic. Na 800 metrów pan może mieć rekord sezonu 1.43, a ja 1.45, ale jak bieg potoczy się w tempie na 1.46, bo nie ma chętnych na prowadzenie wyścigu, to ja mam szansę wygrać. Przy tym wyniku, jaki mam, finał mistrzostw świata byłby niemal na 100 proc. pewny.