Zakaz wjazdu, który łamią wszyscy

Czy kierowca pojechał krętą i stromą drogą, bo zakaz wjazdu dla autokarów jest na niej powszechnie łamany? Czy nie uruchomił dodatkowego systemu hamowania, bo nie wiedział, że go ma? Dwa dni po katastrofie polskiego autokaru we Francji mnożą się hipotezy na temat przyczyn wypadku, w którym zginęło 26 osób.

Wiadomo, że kierowca jechał bardzo stromą i pełną serpentyn drogą RN 85. Niemal przy końcu 8-kilometrowego zjazdu, gdzie droga skręca pod kątem 90 stopni, autokar przebił barierkę ochronną, zsunął się ze skarpy i spłonął.

Jeżdżą Włosi i Hiszpanie, nie mówiąc o miejscowych

Na trasie jest kilkanaście znaków zakazujących przejazdu autokarów, jednak jak mówią "Gazecie Wyborczej" dwaj kierowcy ze Śląska, zakaz jest nagminnie łamany. - Większość kierowców autobusów tamtędy jeździ. Nie tylko my. Także Włosi i Hiszpanie, nie mówiąc już o miejscowych. To na mapie czerwona droga - czyli krajowa, wiadomo - przejezdna. A objazd wytyczony dla ciężarówek i autobusów jest na mapie zaznaczony na żółto. Można się domyślać, że jest węższy i bardziej niebezpieczny niż droga z zakazem - opowiadają.

Wprawdzie francuska policja zapewnia, że przeprowadza tam kontrolę, ale doświadczenia kierowców są inne. - Jeżdżę tamtędy kilka razy w roku, nieraz spotykałem patrol, ale ani razu nie próbowali mnie zatrzymać - mówi jeden z nich. - Ta droga jest porządna, mi się tam nigdy nic nie przydarzyło. Może miałem szczęście, choć kilka razy musiałem już przytulać się autobusem do skały, wychodziłem cało. Najgorzej jest, gdy chcą się wyminąć dwa autobusy. W niektórych miejscach to niemożliwe. Trzeba się zatrzymać, ktoś musi cofnąć. I tak centymetr po centymetrze...

Dlaczego kierowcy łamią zakaz? - czytaj rozmowę

Powszechność łamania zakazu wjazdu potwierdza ks. Adam Wijata, duszpasterz z Nicei: - Kierowcy wjeżdżają wszędzie gdzie się da. Respektują tylko te ostrzeżenia, które dotyczą wysokości tunelu - autobus lub tir nie wjadą na taką drogę, gdy trzeba pokonać niski tunel - opowiada ks. Wijata.

Hamulce rozgrzały się do czerwoności

Zanim autokar wypadł z zakrętu, jechał z dużą prędkością. Ślady hamowania - po jednej stronie długi, czarny ślad, a po drugiej tylko białe, stalowe wyżłobienie w asfalcie - świadczą, że kierowca tak długo naciskał na hamulce, aż rozgrzał je do czerwoności. Potem zapaliły się prawe opony i kierowca nie był już w stanie wykonać żadnego manewru. Na szczęście wyhamował na tyle, że autobus uderzył w barierę z prędkością ok. 60 km i zsunął się ze skarpy. Gdyby jechał 100 lub 120 km/h, autokar wyskoczyłby jak z procy i przeleciał w powietrzu 40-50 metrów. Wtedy zginęliby wszyscy.

Marek Jarocki, dyrektor PKS w Tychach uważa, że gdyby kierowca skorzystał ze wszystkich systemów hamowania, nachylenie drogi nie miałoby znaczenia. Scania z 2000 r. ma potrójny system bezpieczeństwa: tradycyjne hamulce bębnowe lub tarczowe, specjalny "kurek", który steruje dopływem spalin, tak że silnik nie może rozwinąć większej prędkości, i najbardziej skuteczne zabezpieczenie - elektromagnes na wale silnika, który włączony stawia taki opór, że wyhamowuje autokar (na prostej drodze nawet do zera). Kierowcy jeżdżący w górach włączają jeden albo dwa systemy i pomagają sobie tylko tradycyjnym hamulcem. Autobus nie ma wtedy prawa rozpędzić się więcej niż 30 km/h.

Zdaniem Jarockiego kierowca nie skorzystał z trzeciego systemu zabezpieczeń. Gdyby go włączył, autobus nie rozpędziłby się do takiej prędkości. - Może kierowca nie wiedział, że go ma? - pyta Jarorki.

Czy dla pasażerów był jakiś ratunek? - wywiad z Markiem Jarockim z PKS Tychy

Prawo jazdy miał od 10 miesięcy

Pielgrzymów wiózł 22-letni Paweł M. Prawo jazdy uprawniające do kierowania autobusem miał od dziesięciu miesięcy. - To jest nie do pomyślenia, że tak młody kierowca pojechał w góry - uważa Adam Rusiecki, instruktor Ligi Obrony Kraju, który szkoli kierowców autobusów. - Przez pierwsze cztery, pięć lat powinien jeździć w Polsce. Doświadczenie, które można zdobyć po przejechaniu co najmniej 50 tys. km, potrzebne jest właśnie w sytuacjach ekstremalnych.

- Paweł miał wystarczające kwalifikacje i doświadczenie - broni się Robert Caban, właściciel firmy przewozowej z Mieszkowic. To jego autokarem podróżowali pielgrzymi.

Paweł M. wcześniej woził dzieci w okolicach Mieszkowic. Kilka tygodni temu wyruszył w drogę do Hiszpanii. Na trasie z La Salette był drugi raz. Jego zmiennikiem był doświadczony kierowca, który pracuje w Cabanie od dziesięciu lat i nieraz już przemierzał górskie drogi Francji.

Więcej o kierowcy autokaru

Co się zmieni po tym wypadku?

- Nic, kierowcy nadal będą tamtędy jeździć. To nie moja wina, że wszystkie sanktuaria znajdują się w górach. Można do nich dojechać albo wspinać się na nogach, pewnie zajęłoby to kilka dni - mówi jeden z kierowców.