Katastrofa samolotu w Bieszczadach

Pięć osób zginęło w awionetce, która runęła w niedzielę w miejscowości Weremień koło Leska

Awionetka Piper-6 wyleciała około godz. 10.30 z Rudnik koło Częstochowy. - Samolot należał do członka aeroklubu, Adama S., który mieszka w Warszawie. Przyleciał nim w sobotę. W niedzielę rano wyleciał jego brat Piotr, członek zarządu naszego aeroklubu, wraz z rodziną - mówi załamany Włodzimierz Skalik, prezes Aeroklubu Częstochowskiego.

Policja podaje, że na pokładzie awionetki byli 36-letni Piotr S., pilot z Warszawy (właściciel samolotu), jego żona i ich kilkuletni syn. - Być może Piotr był też zameldowany w Warszawie, nie wiem. Samolot należał do jego brata - tłumaczy Skalik.

Awionetka miała międzylądowanie w Muchowcu koło Katowic. Stamtąd zabrała na pokład małżeństwo z województwa śląskiego (w wieku około 40 lat). Potem wyleciała w kierunku Bieszczadów. W miejscowości Weremień, 4 km od Leska, około godz. 13, awionetka zaczęła podchodzić do lądowania. - Tuż przed stromym stokiem narciarskim, gdzie bardzo często lądują awionetki - mówi "Gazecie" Krzysztof Madej, komendant powiatowy policji w Lesku. W pewnym momencie pilot zrezygnował z lądowania. - Rozmyślił się, bo chciał jeszcze polecieć nad Jezioro Solińskie - mówią nam policjanci.

W chwili, gdy awionetka próbowała się wznieść, pilot wykonał gwałtowny skręt, ale nie był już w stanie rozwinąć odpowiedniej prędkości i maszyna zahaczyła o wierzchołki drzew. Samolot runął ze skarpy z wysokości około 800 m w kompleks leśny. Maszyna natychmiast stanęła w płomieniach. Cała pięcioosobowa załoga awionetki zginęła na miejscu. - Ciała są spalone. Mamy trudności z rozpoznaniem zwłok. Widok jest przerażający. Z awionetki nic nie zostało. Jest doszczętnie spalona - mówił nam będący na miejscu szef leskiej policji Krzysztof Madej.

Na miejscu tragedii pracują policjanci i prokurator. Dokładne przyczyny katastrofy bada Państwowa Komisja Wypadków Lotniczych, działająca przy ministrze transportu.