Lubimy dolary bo są... przyjemne w dotyku

Polacy mają na kontach ponad 5 mld dol. Tylko od naszego wejścia do UE te oszczędności straciły na wartości 30 proc., bo dolar jest coraz słabszy. - Ludzie potrafią przywiązać się do waluty w sposób irracjonalny - komentują psychologowie i ekonomiści

- Polacy pokochali dolary jeszcze przed wojną. Do połowy lat 30. były drugą walutą w naszym kraju. Potem przyszedł Wielki Kryzys w USA i dolar mocno podupadł na wartości, ale po wojnie znów wrócił do naszych łask. Do tego stopnia, że w 1989 r. dolary stanowiły aż 73 proc. gotówki i wszystkich wkładów bankowych, mimo iż przecież to złoty był oficjalnie środkiem płatniczym w Polsce - mówi prof. Grzegorz Wójtowicz, były szef NBP, autor książki o historii pieniądza w Polsce. W PRL-u złoty był namiastką waluty, bo to w zielonych rozliczaliśmy się między sobą, za twardą walutę można było kupić w Peweksach niedostępne normalnie towary. Kto mógł odkładał dolary, była to bezpieczna lokata kapitału.

Wtedy rodziła się potęga dolara w naszej świadomości. - W okresie PRL-u znałem człowieka, który nigdy nie kupił wódki za dolary, mimo że je miał, a można było kupić za nie wódkę nieco taniej niż za złotówki. Dolar był dla niego walutą zbyt cenną i szlachetną, aby kupować za niego wódkę - opowiada prof. Tadeusz Tyszka zajmujący się psychologią ekonomiczną w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania.

Jaki jest obraz zielonych w głowach osób pamiętających PRL? Prof. Tyszka relacjonuje wyniki badań: w porównaniu ze złotym, ale także z euro, dolar jest nie tylko "lepszą" i "mocniejszą" walutą, ale jest też "piękniejszy" i "przyjemniejszy w dotyku".

Nie zraził nas nawet rok 1990. - Już wówczas dolarowe oszczędności stały się kiepską lokatą. Inflacja była nadal wysoka, a kurs dolara był ustalony sztywno na 9,5 tys. zł (po denominacji to około 1 zł). Stopy procentowe NBP były wysokie.

Jednak ludzie nie byli pewni przyszłości, wielu z nich nie chciało rezygnować z dolarowych lokat. Tymczasem kto dolarów nie sprzedał i nie wpłacił złotówek do banku, bardzo dużo stracił. Niektórzy nawet po 80 proc. oszczędności - mówi prof. Barbara Liberda z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. - Mało tego, w tych burzliwych czasach dolarów nawet przybywało - dodaje Wójtowicz.

Kto teraz trzyma oszczędności w dolarach? - Mogą to być osoby starsze, zachowawcze, niechętne zmianom, nieznające produktów bankowych. Mimo bolesnych doświadczeń z dolarami w przeszłości wydaje im się, że oszczędności w dewizach częściowo zmniejszają ryzyko - przypuszcza Liberda. - Lokaty ludzi starszych mają nawet po 20-30 lat. Oni dostawali dolary od rodziny za granicą albo sami pracowali na saksach. Święcie wierzą w nieśmiertelną wartość tej waluty i raczej już tego nie sprzedadzą. To kapitał, który zapewne zasili "masę spadkową" - potwierdza pan Robert obsługujący klientów w jednym z banków w Poznaniu. Bank Pekao SA podaje, że większość z 580 tys. prowadzonych w nim rachunków dolarowych ma bardzo długą historię.

Jednak ludzie żyjący potęgą dolara z PRL powoli stają się mniejszością. - Druga grupa to osoby utrzymujące minimalną lokatę (100 dol.), żeby mieć otwarte konto walutowe, a nie jako formę długofalowego oszczędzania. Konta dewizowe są potrzebne do różnych rozliczeń, np. osobom pobierającym zagraniczne świadczenia. Mogą to być też dewizowe subkonta, niewielkie kwoty walut jako zabezpieczenie do kart kredytowych. Pamiętajmy, że dziś coraz więcej osób zarabia za granicą, niektórzy regularnie wysyłają pewne kwoty dla rodziny itd. - analizuje prof. Liberda.

Potwierdza to Beata Olkowska, dentystka z Białej Podlaskiej. - Konto walutowe musiałam założyć kilka lat temu w związku z wyjazdem na szkolenie do USA. Potem zdarzyło się, że któryś z pacjentów zapłacił mi dolarami. Nie wymieniałam na złote, bo uznałam, że to zły moment. Wpłaciłam na konto. Nigdy nie chciałam robić inwestycji w dolary, nie był to też kapitał na czarną godzinę - mówi. Jej oszczędności z roku na rok traciły na wartości. - Ludzie w takich momentach unikają decyzji, nie chcą zrealizować straty - mówi Liberda. - Mamy wtedy skłonność do ratowania tzw. utopionych kosztów. Uważamy, że skoro już je ponieśliśmy, to podjęty plan należy kontynuować, mimo że prowadzi on (uwaga!) do dalszej straty - dodaje Tyszka.

- Ostatnio część tej kwoty wykorzystałam, wyjeżdżając na wakacje do Egiptu, wzięłam je na kieszonkowe. Nadal mam na koncie kilkaset dolarów, wykorzystam je prawdopodobnie w podobny sposób przy nadarzającej się okazji - kwituje Beata Olkowska.

Kiepskie wieści dla oszczędzających w dolarach płyną z międzynarodowych rynków finansowych. W środę dolar spadł do rekordowo niskiego w historii poziomu wobec euro - 1,3833 dol. Poprzedni rekord słabości dolara był zaledwie pięć dni wcześniej - 13 lipca. Inwestorzy chętnie pozbywają się dolarów i kupują inne waluty, nie tylko euro. Brytyjski funt był w środę najmocniejszy do dolara od 26 lat.