60 tys. fanów na Red Hot Chili Peppers

Od kilku miesięcy pewne było, że polski koncert Red Hot Chili Peppers będzie wydarzeniem. Na kilka dni przed występem okazało się nawet, że zabrakło biletów.

Zobacz - galeria zdjęć z koncertu Red Hot Chili Peppers

We wtorek na Stadionie Śląskim pojawiło się ponad 60 tys. osób z całej Polski. Zresztą nie tylko. Byli też ludzie z Czech, Słowacji, Węgier, Litwy, Łotwy, Ukrainy - do ich krajów zespół nie zaplanował w tym roku przyjazdu. Zorganizowano tylko 14 koncertów w Europie (prócz Serbii wyłącznie na Zachodzie - najbliżej nas w Niemczech).

- Przyszedłem tu głównie dla basisty zespołu. Flea jest dla mnie wzorem od lat - mówił przed koncertem Bartłomiej Dudek, który też gra na basie w celtyckiej grupie Beltaine.

- Nie ważne, co zagrają, kocham ich za to, jak wyglądają i jacy są. Szkoda, że nie mam biletu na płytę, chciałabym być pod sceną - opowiadała Marzena Nowacka, która do Chorzowa przyjechała prosto z Gdyni z festiwalu Open'er.

Wśród publiczności nie brakowało też vipów. Byli m.in. Szymon Majewski z córką, Kuba Wojewódzki i Hirek Wrona.

Kusząca scenografia

O godz. 18 na scenę wyszedł Mickey Avalon. Młody amerykański raper rymował do podkładów z płyty, a na scenie towarzyszyły mu dwie skąpo odziane "modelki" - żywa scenografia jego przesiąkniętych seksem tekstów. Avalon supportował już w tym roku kilka koncertów Peppersów. Reakcje amerykańskiej i holenderskiej publiczności były raczej krytyczne. Doszło do tego, że gitarzysta Red Hot Chili Peppers, John Frusciante, upominał ze sceny fanów, po tym, jak ci, niezadowoleni z występów Avalona, rzucali w niego różnymi przedmiotami. Raper odwzajemnił się wtedy, ściągając spodnie i pokazując tyłek. W Polsce takich ekscesów nie było. Avalon wyrecytował swoje piosenki (w tym przebój "Jane Fonda"). Dziewczyny powyginały się kusząco i po pół godzinie scena opustoszała.

Prosty rock rozkołysał tłum

Pół godziny przerwy i wbiegło na nią pięciu Australijczyków z grupy Jet. Już jako drugi utwór zagrali swój największy przebój "Are you gonna be my girl", dzięki któremu ich debiutancką płytę kupiły ponad 4 mln osób. Prosty rock, przez pochodzenie muzyków kojarzący się m.in. z AC/DC, rozkołysał tłum, mimo że dźwiękowi daleko było jeszcze do doskonałości. Mnóstwo dzikiej, korzennej energii, sceniczny luz, sto procent rock and roll'a - to wystarczyło, by stadion pożegnał Australijczyków brawami.

Peppersi bawili się muzyką

Red Hot Chili Peppers weszli o 20.40: Chad Smith w białym kombinezonie bez rękawów, John Frusciante we flanelowej koszuli w kratę i Flea od razu bez koszulki.

Zaczęli od wspólnej improwizacji, która powoli przerodziła się w "Can't stop". Wtedy prym na scenie przejął już wokalista Anthony Kiedis. Nowe utwory, z ostatniej płyty "Stadium Arcadium", zdominowały cały koncert, były m.in. "Dani California", "Readymade" i "Snow (Hey Oh)" - na żywo wszystkie zabrzmiały mocno i potężnie.

- Co słychać, Polsko, chyba się jeszcze nie poznaliśmy - powiedział wokalista, a zespół zagrał balladę "Scar tissue".

Podstawę scenografii stanowiło pięć telebimów, dwa najmniejsze skierowane były na boki, żeby fani z najdalszych, bocznych sektorów też mogli zobaczyć scenę. Działo się wiele. Muzycy szaleli jak za młodu, szczególnie wokalista i basista. Nie poprzestali na odegraniu przebojów i nowych piosenek - bawili się muzyką, improwizowali, jammowali, wymyślali nowe rzeczy. Entuzjazm wzbudziła ballada "Californication".

- Przez wiele lat przyjeżdżaliśmy blisko, ale nigdy nie dotarliśmy do Polski. Dziękujemy, że wreszcie tu jesteście - powiedział Flea, a zespół zagrał "By the way", a potem zszedł ze sceny. Bis zaczął Smith solo na perkusji, wkrótce dołączył do niego Flea na trąbce. Potem była stara, mało popularna ballada "Soul to squeeze".

Szkoda, że muzycy, grając po raz pierwszy w Polsce, nie sięgnęli po więcej starych piosenek. Dobrze chociaż, że zagrali "Power of equality", utwór rozpoczynający najlepszą płytę zespołu "Blood sugar sex magik". Potem muzycy zahipnotyzowali wszystkich kilkunastominutową improwizacją - natchnioną solówką na gitarze.

- Jak na pierwszy raz w Polsce, to mogli zagrać trochę więcej starych hitów. Psychodelia jest fajna w klubie, ale nie dla 60 tys. osób - mówił, wychodząc z koncertu, Bartek Woźniczko, wokalista mysłowickiej grupy Gutierez, który trzy tygodnie wcześniej zagrał na Śląskim, supportując Pearl Jam.

- To był bardzo wyrafinowany koncert. Prawdziwy kalifornijski funk-groove - ripostował Hirek Wrona. Znany dziennikarz był na koncercie Redhotów już po raz ósmy, więc mógł pozwolić sobie na takie uwagi.