Białoruś: nokaut opozycji

Opozycja nie może podźwignąć się po niedzielnej porażce jej kandydata Uładzimira Hanczaryka w wyborach prezydenckich. Aleksander Łukaszenko wytrącił jej z rąk główną broń - niezależne podliczanie głosów.

Białoruś: nokaut opozycji

Opozycja nie może podźwignąć się po niedzielnej porażce jej kandydata Uładzimira Hanczaryka w wyborach prezydenckich. Aleksander Łukaszenko wytrącił jej z rąk główną broń - niezależne podliczanie głosów.

Według danych oficjalnej Centralnej Komisji Wyborczej ubiegający się o reelekcję prezydent zdobył 75,6 proc. głosów. Na kandydata tzw. zjednoczonej opozycji Uładzimira Hanczaryka zagłosowało 15,4 proc. uprawnionych do głosowania. Siarhiej Hajdukiewicz zwany białoruskim Żyrynowskim musiał zadowolić się 2,4 proc. - Możemy już pogratulować prezydentowi drugiej kadencji - powiedziała rano szefowa Centralnej Komisji Wyborczej Lidia Jermoszyna.

Bezradni obserwatorzy

Kandydat opozycji uważa tymczasem, że wybory zostały sfałszowane. Prawdziwe miała ujawnić zakrojona na szeroką skalę akcja tzw. równoległego podliczania głosów, które przy pomocy OBWE zamierzało przeprowadzić 14 tys. niezależnych obserwatorów. - Wybrano 500 lokali wyborczych. Celem naszych przedstawicieli było zapoznanie się na miejscu z protokołami komisji - wyjaśnia Mirosław Kobasa, koordynator akcji.

Jednak nie udało się przeprowadzić równoległego liczenia głosów. Ponad 3 tys. obserwatorów odebrano akredytację, do niemal stu komisji ich nie wpuszczono. Członkowie praktycznie wszystkich innych komisji odmówili udostępnienia dokumentów. Przewodniczący Niezależnej Obserwacji Mieczysław Hryb mówił niejasno w poniedziałek: - Nasze wyniki różnią się od tych przedstawionych przez CKW, nie jestem jednak w stanie powiedzieć o ile i w którą stronę.

W niedzielę przed północą do mińskiej siedziby obserwatorów trafiły wyniki z zaledwie siedmiu punktów wyborczych. Również dlatego, że dziwnym trafem akurat wtedy popsuły się telefony w kilkunastu sztabach regionalnych oraz mieszkaniach ich szefów. Co gorsza traf chciał, że w momencie, gdy występujący na kilkutysięcznym wiecu swoich zwolenników Uładzimir Hanczaryk z coraz większą niecierpliwością oczekiwał na spodziewane prawdziwe wyniki, w centrum Mińska przestały działać telefony komórkowe.

Wyników nie podano, czekający na sensację tłum zaczął się nudzić i rozchodzić. "Cudowną broń" opozycji rozbrojono, zanim zdążyła wystrzelić.

Noc w pałacu

Okazało się, że opozycja była kompletnie nieprzygotowana na taki rozwój wypadków. Po północy kilku doradców Hanczaryka zabarykadowało się w Pałacu Kultury należącym do kierowanej przez Hanczaryka Federacji Związków Zawodowych. Gdy ok. 150 młodych ludzi pozostałych po demonstracji na noc w "centrum oporu przeciwko reżimowi" robiło kanapki i szykowało się do odparcia szturmu sił reżimu, w zagraconej sali teatralnej pałacu liderzy opozycji zastanawiali się, co robić dalej.

Dyskusje były mało owocne. - A może byśmy wydrukowali trochę ulotek? Takich niedużych - zaproponował w końcu komunista Siarhiej Kalakin. Ulotki miałaby rozdawać oczywiście młodzież, której przedstawicielom parę minut wcześniej kategorycznie jednak zabroniono wywieszenia nad "centrum oporu" biało-czerwono-białej flagi narodowej - żeby uniknąć prowokacji. Okazało się jednak, że nie ma nawet papieru, żeby napisać tekst ulotki. Dopiero wtedy politycy przypomnieli sobie o oglądających w zdumieniu te sceny paru dziennikarzach. Wyprosili nas z sali, obiecując, że zawołają, jak coś ustalą. Nie zawołali.

Tymczasem Aleksander Łukaszenko ostentacyjnie zignorował swoich oponentów. Ani do prowokacji, ani tym bardziej szturmów "centrum oporu" nie doszło.

Zachód nie uzna

Rano sztab Uładzimira Hanczaryka wystosował wniosek do CKW o unieważnienie wyników wyborów i zwołał kolejny wiec, na który wieczorem przyszło już tylko tysiąc osób.

Poważne zastrzeżenia co do przebiegu niedzielnych wyborów zgłosiło OBWE. Jej przedstawiciel Hrair Balian powiedział w poniedziałek w Mińsku, że "nie były one demokratyczne". - Nie użyłbym też słów "wolne" i "uczciwe" - dodał. Podobnego zdania są też przedstawiciele Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Jednak Aleksander Łukaszenko zdaje się tym wcale nie przejmować. Jeszcze przed wyborami zapowiedział, że uznanie wyborów przez Zachód nie jest dla niego ważne.

Cezary Goliński, Mińsk