Głodny musi mieć porządny adres

Dostawcy pizz podzielili warszawskie dzielnice na lepsze i gorsze. Do tych ostatnich niektórzy nie jeżdżą

- Są ulice, na które nasi kierowcy boją się jeździć. Dlatego wyłączyliśmy je z obsługi - przyznaje Mariusz Majszyk, menedżer ds. dostaw w Pizza Hut.

O zamówieniu gorącego posiłku podczas weekendu nie ma więc mowy, jeśli mieszka się na okrytych złą sławą ulicach Szwedzkiej albo Równej. Gdy dzwonię po dużą margaritę, słyszę, że na ul. Środkową pizzy nie dowożą. - Z powodu napadów na kierowców - mówi dziewczyna z centrali telefonicznej firmy.

- Najgorzej jest na Szmulowiźnie. Nie wysyłamy tam kierowców dla ich bezpieczeństwa, bo zdarzały się kradzieże i pobicia - opowiada Mariusz Majszyk. I dodaje: - Bywało też, że wyrostki zabierały pizzę kierowcy, ale żeby nie można ich było namierzyć, podawały numer telefonu sąsiada. Akurat to zdarza się też na Ursynowie czy Kabatach.

Podobne doświadczenia ma Pizza Dominium z ul. Francuskiej. - Na Szmulkach w ciągu dwóch miesięcy straciliśmy dwa firmowe skutery, dwa razy siłą odebrano kierowcy pizzę - wylicza Jarosław Pelc, kierownik lokalu. Jego pizzeria, która obsługuje rejon od ul. Afrykańskiej do Dworca Wileńskiego i od Terespolskiej do Wału Miedzeszyńskiego, nie zamierza jednak rezygnować z dowozu pizzy nawet na najbardziej niebezpieczne ulice. - Zamienimy tylko skutery na samochody. Trudniej je będzie ukraść - liczy Jarosław Pelc i podkreśla, że dostawców napadają nie tylko na starej Pradze. - Niedawno kierowca stracił telefon na Saskiej Kępie, a w Śródmieściu kierowcy regularnie nie dostają pieniędzy za pizze - mówi Pelc.

Więcej szczęścia ma pizzeria Da Grasso na Targówku. - Na Pradze nie ma już tej żulerii co kiedyś. Dowozimy pizzę pod każdy wskazany adres. Dotąd ominęły nas przykre niespodzianki poza głupimi kawałami, gdy ktoś prosił o dostarczenie zamówienia pod nieistniejący adres - mówi Piotr Samborski, kierownik lokalu. Zaznacza, że 14 zatrudnionych przez niego kierowców woli dmuchać na zimne i mają przy sobie nie więcej niż 20 zł. - Staramy się też zatrudniać chłopaków z Pragi, bo znają podwórka i ludzi - mówi Samborski.

Agnieszka Hamelusz z północnopraskiej policji przyznaje, że trudno złapać wyrostków, którzy łupią kierowców. - Jeśli od razu dostalibyśmy sygnał o kradzieży z dokładnym rysopisem wyrostków, moglibyśmy ich złapać. Ale jeśli ktoś nam to zgłasza pół godziny po zajściu, to marne szanse - przyznaje Agnieszka Hamelusz.