Łodzianie uwięzieni na Hawajach

Przez całe wakacje mieli pracować w hotelach i restauracjach na słonecznych Hawajach. Zamiast tego kilkudziesięciu studentów z Polski, wśród nich łodzianie, śpi po kątach u znajomych i dorabia w McDonaldzie w Honolulu

Łukasz Walewski, student z Łodzi, wyleciał na Hawaje dwa dni temu. Już przed wyjazdem zaczął dostawać niepokojące e-maile od kolegów, którzy do USA wyjechali wcześniej. - Pisali, że nie ma pracy, którą mieliśmy dostać, że są kłopoty ze spaniem - mówił Łukasz przed wyjazdem. - Niestety za dużo zainwestowałem i nie mogłem zrezygnować z wyjazdu.

Wczoraj skontaktował się z nami jeszcze raz. - Na miejscu jest gorzej niż myślałem - opowiada. - Około trzydziestu studentów z całej Polski zostało na lodzie. A wkrótce dojadą kolejni. Ostrzeżcie ich, póki czas.

Wyjazd do pracy na Hawaje był tegoroczną atrakcją programu Work&Travel. Krótko mówiąc: umożliwia on studentom w wakacje (nawet przez cztery miesiące) legalne zatrudnienie w Stanach Zjednoczonych. W przypadku Hawajów miała to być praca w hotelach, restauracjach czy sklepach od 7 dolarów za godzinę. Wykupując tzw. full opcję organizatorzy wyjazdu zapewniali studentom pierwszą pracę i zakwaterowanie. Ale kilkunastu żaków z Łodzi, Krakowa, Poznania, Częstochowy, Katowic, którzy są już na miejscu, alarmuje: - Zostaliśmy oszukani!

- Gdyby to nie był koniec świata, już dawno bym wróciła - mówi Anna Jasiak, studentka z Poznania, która na Hawajach jest od trzech tygodni. - Już pierwszego dnia, ktoś radził nam uciekać. Zamiast w apartamencie spałyśmy u koleżanki pani konsul, potem w akademikach. Kiedy poszłam do hotelu, gdzie miałam pracować, menadżer stwierdził, że nie ma dla mnie żadnych propozycji. Same znalazłyśmy pracę w kawiarni. Problem w tym, że akademik zamkną 20 sierpnia, a my wylądujemy na bruku. Zainwestowałam w wyjazd prawie 10 tys. zł. Chciałam zarobić. To wstyd, ale żeby przeżyć muszą pomagać nam rodzice, którzy ślą nam pieniądze.

- Od dwóch tygodni nie mam pracy - żali się Aleksander, student Akademii Ekonomicznej w Krakowie. - Tu nikt nie słyszał o naszym programie. Właściciele niechętnie też chcą zatrudnić na krócej niż pół roku. Mój menedżer nawet nie wiedział, gdzie leży Polska. Nie mówiąc już o pracy dla mnie. Dla wielu z nas praca w McDonaldzie to jedyne wyjście. Gdybym wiedział, że mam tak dostać w kość, nie leciałbym aż na Hawaje. Nie odpuścimy tak tego. Chcemy odzyskać pieniądze.

Piotrek, student Uniwersytetu Łódzkiego, już rok temu wyjechał do pracy do Stanów. Ma dobre wspomnienia: pracował w kasynie w Nevadzie i zarobił parę tysięcy dolarów. W tym roku sporo straci. - Skusiły mnie egzotyczne Hawaje i najwyższe stawki za godzinę - przyznaje łódzki żak. - Ale to jest jakaś katastrofa. Mieszkaliśmy kątem u znajomych Polaków, wkrótce stracimy i to mieszkanie i gdzie wylądujemy? Na ulicy? Najgorsze jest to, że mają przyjechać kolejni studenci - dla nich nie będzie już nawet pracy w McDonaldzie.

Wyjazd na Hawaje zorganizowało łódzkie biuro "Usługi Konsultingowe" z ul. Piotrkowskiej. - Niestety sytuacja również nas zaskoczyła - przyznaje szef Mariusz Kraśnicki. - W propozycjach pracy nie było ofert fast-foodów, prawdopodobnie nasz partner na Hawajach [czyli pani konsul - od red.] nie przewidział aż tak dużej zapaści w turystyce. Hotele i restauracje świecą pustkami. Dlatego w ostatniej chwili pani konsul załatwiła pracę w McDonaldzie. Od półtora tygodnia sami kontaktujemy się z innymi pracodawcami i szukamy studentom lepszych ofert. Fakt, mogli mieć inne wyobrażenie i pewnie McDonald nie jest szczytem ich marzeń. Staramy się, aby to szybko się zmieniło.

Studenci nie wykluczają, że po powrocie złożą pozew do sądu przeciw organizatorowi wyjazdu.