Na Białorusi rośnie opozycyjny ruch "żubrów"

Mieszkańcy białoruskiej stolicy długo biedzili się, co oznacza słowo "żubr", które nagle zaczęło pojawiać się na ścianach domów i płotach. Teraz już wiedzą - "żubrami" nazwali się młodzi ludzie, którzy postanowili pokonać prezydenta Aleksandra Łukaszenkę śmiechem i odwagą osobistą

Na Białorusi rośnie opozycyjny ruch "żubrów"

Mieszkańcy białoruskiej stolicy długo biedzili się, co oznacza słowo "żubr", które nagle zaczęło pojawiać się na ścianach domów i płotach. Teraz już wiedzą - "żubrami" nazwali się młodzi ludzie, którzy postanowili pokonać prezydenta Aleksandra Łukaszenkę śmiechem i odwagą osobistą

Wszystko zaczęło się niczym głupi dowcip. W połowie lutego dziennikarze mińskich gazet dostali pocztą elektroniczną wiadomość, by stawić się o określonej porze w parku miejskim, pod pomnikiem tzw. chłopca z granatem, czyli młodocianego partyzanta Marata Kazieja, na "konferencji prasowej nowego typu". Przed żurnalistami wyrósł nagle pociągający nosem chłopaczek, który odczytał z kartki płomienną deklarację programową Ekologicznego Ruchu Oporu "Żubr". Oskarżył prezydenta Aleksandra Łukaszenkę o przestępstwa popełnione na przyrodzie i zapowiedział, że jego organizacja nie zamierza dłużej tego znosić, choć walczyć będzie bez użycia siły. - Opór wobec reżimu będzie narastał z każdym dniem. Dyktatura runie! Bądźmy razem i w tym roku Białoruś stanie się wolna! - oświadczył i zniknął w krzakach.

- Spotkanie to może pretendować do miana najdziwniejszej akcji ostatniego dziesięciolecia - stwierdziła "Biełorusskaja Diełowaja Gazieta". - Pytanie, które zadają sobie dziennikarze, brzmi: o co w tym wszystkim chodziło?

Wąsaty karzełek wygraża NATO

Na mińskich ulicach "żubrów" wciąż przybywało. Na początku irytowały tylko stróżów i służby miejskie, potem zaniepokoiły stróżów porządku i służby specjalne. Napisy zaczęły bowiem nabierać politycznych treści. "Gdzie Zawadzki?", "Gdzie Hanczar?" "Gdzie Zacharenko?" - pytały ściany domów i fabryczne mury przypominając zaginionych bez wieści przeciwników prezydenta. Pojawiły się też małe, kolorowe naklejki. Dosłownie wszędzie - na latarniach, skrzynkach pocztowych, w wagonach metra i tramwajach. Na jednej, pod półprofilem Tadeusza Kościuszki widniało hasło "O wolność naszą i waszą". Na innej wąsaty karzełek w wojskowym mundurze wygrażał agresorom z NATO. Wszystkie łączył malutki znaczek w rogu przedstawiający sprężonego do skoku żubra.

To władzom nie mogło się podobać. Milicyjne patrole zaczęły uważniej przyglądać się młodym ludziom spacerującym po ulicach. Zaczęły się pierwsze zatrzymania. W nocy z 4 na 5 kwietnia, podczas "akcji sprejowej", aresztowano Aleksieja Szydłowskiego. Wiadomość ta natychmiast obiegła Mińsk. Szydłowski trzy lata temu trafił już do więzienia za antyprezydenckie graffiti. Miał wtedy niecałe 19 lat, mimo to w pokazowym procesie sąd uznał jego postępek za "złośliwe chuligaństwo z przejawami wyjątkowego cynizmu". Aleksiej odsiedział wyrok od gwizdka do gwizdka - całe półtora roku, z czego pół roku w cieszącym ponurą sławą areszcie śledczym "Czarny Bocian" w podmińskim Żodino, słynącym z koszmarnych warunków i sadyzmu personelu. Był najmłodszym więźniem politycznym na Białorusi.

- Skoro Alosza jest w to zamieszany, to może cały ten "Żubr" rzeczywiście jest coś wart? - drapali się w głowy komentatorzy.

Narciarze w nurtach Świsłoczy

Co potrafią "żubry" stało się jasne pod koniec kwietnia, podczas akcji "Przyszliśmy!". W biały dzień, ku zaskoczeniu przechodniów i milicji, chodnikiem wzdłuż głównej ulicy Mińska przeszła młodzieżowa grupa. Około tysiąca chłopców i dziewcząt przemaszerowało w sumie z dziesięć kilometrów. Milicja była zdezorientowana - demonstranci nie mieli transparentów, nie wykrzykiwali haseł. Po prostu szli. Potem, na oczach tajniaków, rozproszyli się na jednej ze stacji metra. To była pierwsza prezentacja możliwości "Żubra".

A tydzień później stało się coś, czego Białoruś dotąd nie widziała - nikt wcześniej nie zakpił tak sobie z prezydenta kraju. W kwietniowy wieczór w stołecznym parku im. Gorkiego kilkunastu młodych ludzi zaczęło rozdawać spacerowiczom specjalny numer gazety "Nasza Swaboda" z orzeczeniem lekarskim, które - na podstawie obserwacji zachowań prezydenta - ogłosił w Internecie lekarz psychiatra (nieco wcześniej wyemigrował do USA). Diagnoza dr Szczygielskiego stwierdzała u Aleksandra Łukaszenki objawy psychopatii. Potem pojawili się ludzie w wąsatych maskach, którzy ustawiali się w kolejce do lekarki. Ta badała stan ich zdrowia psychicznego i mimo wrzasków pacjentów - "Dokąd mnie zabieracie, jeszcze trwa moja kadencja!" - przekazywała barczystym pielęgniarzom. Obok trwał konkurs na najbardziej przeraźliwy krzyk, który wydaje z siebie w nocy dyktator, przeprowadzono też mecz hokeja stołowego oraz wyścigi narciarskie na asfalcie (Łukaszenko jest miłośnikiem sportów zimowych). Ku uciesze publiczności narciarze z trudem pokonali kilkanaście metrów, po czym rzucili się w fale Świsłoczy, dzielnie przebierając kijkami.

Wtedy zabawa się skończyła. Na drugim brzegu czekali już smutni panowie, których nic nie było w stanie rozbawić. OMON (specjalne oddziały milicji) i bezpieka w ciągu kilku minut zatrzymały 38 uczestników antyprezydenckich harców przeprowadzonych pod hasłem "Ostateczna diagnoza". Wkrótce potem Łukaszenko wydał dekret zabraniający noszenia masek podczas wystąpień i demonstracji.

Kto tu jest durniem?

- Żubr to nasz symbol narodowy. Potężny, nieulękły król puszczy - opowiada mi z zapałem 17-letni Dima. Zatrzymałem go na ulicy Mińska, bo miał na sobie czarny podkoszulek z charakterystycznym logo na piersi i napisem na plecach "Powiedz durniowi - Nie!". Kilka dni temu za takie koszulki zatrzymano w Mohylewie kilkanaście osób. - Czyżby milicja miała własne podejrzenia, kto jest tym durniem? - kpiła niezależna prasa.

- Chodzi o to, żeby przełamać własny strach - mówi Dima, kiedy pytam, czy nie boi się chodzić po ulicy w prowokacyjnym T-shircie. - Trzeba pokazywać ludziom, że ktoś walczy, sprzeciwia się. Wielu i tak ma dość reżimu; a dzięki mnie i moim kolegom widzą oznaki oporu. Działamy podobnie jak serbski Otpor.

Na swojej stronie internetowej liderzy ruchu przyznają wprost, że są właśnie "sztafetą Otporu", który przed wyborami prezydenckimi w Serbii walnie przyczynił się do klęski Slobodana Miloszevicia. Skąd ruch ma pieniądze? Na to pytanie odpowiadają zazwyczaj dość ogólnikowo. - Działalność Otporu była finansowana z amerykańskich środków. Można więc przypuszczać, że USA lub inne zachodnie państwo pomaga "Żubrowi", w nadziei na powtórzenie ubiegłorocznego sukcesu Serbów - stwierdził niedawno amerykański "New York Times".

Oczywiście "Żubr" nigdy się do tego nie przyzna. Obowiązuje przecież prezydencki dekret zabraniający wykorzystywania pomocy zagranicznej w jakichkolwiek celach politycznych. Z tego właśnie powodu poważne kłopoty ma większość organizacji pozarządowych. Jeśli nie potrafią udowodnić pochodzenia np. komputera lub drukarki, sprzęt konfiskuje milicja; sparaliżowało to już działalność kilku organizacji.

A to z zagranicy właśnie mają "Żubry" pieniądze na setki tysięcy naklejek, koszulek, znaczków i innych gadżetów, po których natychmiast poznaje się młodych opozycjonistów. Najnowszym hitem jest podkoszulek przedwyborczy, który wygląda jak strój piłkarski, tyle że nad wielką cyfrą 9 zamiast nazwiska gracza widnieje słowo "WRZESIEŃ" (wybory odbędą się 9 września).

Za przysięgę zapłacili siniakami

Pewna tajemniczość, a zarazem popularność nowego ruchu wśród młodzieży spędza sen z oczu nie tylko milicji. Jego masowość niepokoi też część opozycji. Niedawno jeden z filarów niezależnej prasy, gazeta "Nasza Niwa" oskarżyła wręcz "Żubra" o renegactwo. Poszło o język, w którym 27 lipca - w rocznicę proklamowania niepodległej Białorusi - "żubry" złożyły symboliczną przysięgę na wierność ojczyźnie. "Dziwna to była przysięga: na Biblię i biało-czerwono-białą flagę, ale po rosyjsku. Ta rosyjskojęzyczność "żubrów" jest totalna i nieprzypadkowa. Jasne, że gwałtowna rusyfikacja tych, którzy jeszcze niedawno mówili po białorusku, idzie nie z duszy, lecz jest wolą tajemniczych sponsorów" - oburzał się autor "Naszej Niwy".

- To głupoty - mówi Dima. - U nas każdy mówi, jak chce. Nikt się tym nie przejmuje. Może zresztą dlatego jest nas tak dużo, bo ci, którzy słabo znają białoruski, przychodzą do nas, a nie do Młodego Frontu [młodzieżówka Białoruskiego Frontu Narodowego - red.] bojąc się jego "nacjonalizmu". A przysięga była szczera. Chłopaki zapłacili za nią siniakami i nocami w aresztach.

Milicja dostaje wysypki

Rzeczywiście bycie "żubrem" uczy odwagi. Lipcowa symboliczna przysięga była prawdziwą próbą charakteru dla ok. 500 osób, które zebrały się przed pomnikiem Zwycięstwa, jednym z najbardziej strzeżonych miejsc w centrum stolicy. "Żubry" znów zaskoczyły milicję. Zanim funkcjonariusze ściągnęli przez krótkofalówki posiłki, młodzież rozpostarła flagę i bez pośpiechu odczytała rotę przysięgi. Autobusy z oficerami wojsk wewnętrznych dopadły demonstrantów dopiero, gdy na pobliskim skwerze rozłożyli plakaty z portretami zaginionych opozycjonistów. Kilkanaście osób znów trafiło do aresztu, ale od tego czasu milicja na słowo "żubr" dostaje nerwowej wysypki.

"Ani dnia bez akcji" - głosi dewiza ruchu. 20 czerwca zorganizowali demonstracje w Bobrujsku i Bychowie - donosiła "Nasza Swaboda". Tego samego dnia na ulicach Kryczewa zbierali po rublu na emeryturę dla Łukaszenki. W Witebsku ogłosili zaś akcję "Działkowicz też człowiek" - jeździli w weekendy pociągami podmiejskimi kursującymi wzdłuż terenów działkowych, rozdając pasażerom opozycyjną prasę i oklejając wagony plakatami. W Mohylewie urządzili pogrzeb dyktatury. Poprzedzana krzyżem skleconym z pary nart procesja wsadziła kukłę wąsatej dyktatury do czerwono-zielonej trumny (takie są barwy flagi wprowadzonej przez Łukaszenkę), przebiła kołkiem i wrzuciła do Dniepru. - Ale to nie koniec! - zaśmiewa się Nikołaj Chalezin, uważany za człowieka blisko związanego z "Żubrem". - Wyobraź sobie, że potem nastąpiła ekshumacja dyktatury. Milicyjni płetwonurkowie wyłowili tę trumnę, a eksperci dokładnie opisali jej zawartość!

Dzień urlopu za "żubra"

Obserwatorów sceny politycznej zaskakuje szybkość, z jaką "żubry" rozprzestrzeniają się po kraju. Są nawet tam, gdzie nie słyszano o innych opozycyjnych organizacjach młodzieżowych. Są w Biełyniczach, gdzie lider kultowej kapeli "Krama" występuje w "żubrzym" podkoszulku, są w Marinej Górce, gdzie żołnierzom stacjonującej tam jednostki wojsk wewnętrznych dowództwo obiecało za każdego złapanego "żubra" dzień urlopu. Mińska milicja bezpardonowo zatrzymuje i rewiduje każdego młodego człowieka ubranego w charakterystyczny T-shirt.

A "żubry" się nie przejmują i trafiają na posterunki nawet dobrowolnie. Niedawno wpadły na pomysł dokształcenia funkcjonariuszy, z którymi tak często przychodzi im się spotykać. Od początku sierpnia chodzą po mińskich komisariatach i wręczają milicjantom książki o historii Białorusi i albumy o sztuce ludowej. - Niektórzy się opierają, ale część bierze - mówi jeden z uczestników akcji. W Witebsku białoruskie książki dają w zamian za dzieła Lenina i komunistyczną literaturę propagandową.

Ta wszechobecność organizacji już w najbliższych dniach może przysporzyć władzom kłopotów. Aktywiści "Żubra" zamierzają wziąć aktywny udział w niezależnej kampanii podliczania głosów w rozpisanych na najbliższą niedzielę wyborach prezydenckich. W tej wspieranej przez OBWE inicjatywie ma wziąć udział ok. 14 tys. obserwatorów; powinna ona przynieść szacunkowe dane o prawdziwych rezultatach wyborów. Zachód i opozycja obawiają się, że wyniki zostaną sfałszowane.

O wyborach przypominają też tysiące nowych naklejek, codziennie bezskutecznie zdrapywanych przez służby miejskie i działaczy proprezydenckiego Białoruskiego Patriotycznego Związku Młodzieży. Teraz ich głównym hasłem jest "Czas na sprzątanie". To gra słów: "Pora ubirat'" brzmi niemal identycznie jak "Pora wybirat'", czyli wybierać.

- Nie wiem, czy wygramy te wybory - zastanawia się Dima. Mówi "my", chociaż sam z racji wieku nie może jeszcze oddać głosu. - Ale jeśli nawet przegramy, nie będzie już tak, jak dawniej. Białoruska prowincja jest przecież taka szara, brudna i ponura. Z nami będzie trochę weselej i kolorowiej.

Dokąd sięga "Żubr"?

"Żubry" określają się mianem "ruchu oporu" - mówi mi Aleh Biebienin, jeden z założycieli Niezależnej Inicjatywy Obywatelskiej "Karta 97". - Zgodziłbym się z tym. Poprzez swoją działalność dotarli przecież do dziesiątków tysięcy ludzi, którzy dotąd byli zupełnie pasywni i niezainteresowani polityką. Oczywiście trudno powiedzieć, czy przed wyborami mogą odegrać taką rolę jak serbski Otpor, na który się powołują. Białoruś to nie Serbia. Poza tym sztab Otporu działał przez kilka dobrych lat. Tu trudno oczekiwać takiego rozmachu. Ale dzięki wyjazdom na prowincję wiem, że w każdym większym miasteczku pojawiły się na murach graffiti "Żubra". Choć organizacja wcale nie jest liczna (sami mówią, że mają 3 tys. zaprzysiężonych członków i kilka razy więcej wolontariuszy), to w naszych warunkach ośmieliłbym się nazwać ten ruch masowym. Szczególnie jeśli chodzi o zasięg działalności.

Zdaniem niezależnego publicysty i politologa Walerego Karbalewicza "Żubr" to dziś największa opozycyjna organizacja młodzieżowa na Białorusi. Po pierwsze, nie ogranicza się tylko do kojarzonych dotąd z opozycją środowisk białoruskojęzycznych. Po drugie, nie ma ściśle sprecyzowanej ideologii, stawiając sobie za zadanie tylko opór wobec dyktatury; ta nieokreśloność też jest plusem. Po trzecie, "żubry" udanie wykorzystują nowe formy działalności, m.in. właśnie "kulturę śmiechu", poprzez spektakle i happeningi. W ten sposób przyciągnęli znacznie więcej młodzieży niż organizacje tradycyjne. W końcu, po czwarte, udany start - związany z kampanią wyborczą, kiedy społeczeństwo znacznie się upolitycznia.

Cezary Goliński, Mińsk