Zbudujemy nową fabrykę osocza

Fabryka frakcjonowania osocza powstanie w Polsce już wkrótce, do resortu zdrowia wpłynęło pięć ofert firm zainteresowanych tą inwestycją - zapewniał wczoraj posłów wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas.

Przedsięwzięcie zostanie sfinansowane w ramach partnerstwa prywatno-publicznego. - I będzie odbywać się przy podniesionej kurtynie - mówił Pinkas.

Przedstawiciele resortów zdrowia, sprawiedliwości oraz finansów przedstawili Sejmowi informację na temat afery Laboratorium Frakcjonowania Osocza. Za czasów gabinetu Włodzimierza Cimoszewicza rząd poręczył grupie biznesmenów kredyt na budowę LFO, które miało produkować leki krwiopochodne. Jednak fabryka nigdy nie ruszyła, kredytów nie spłacono i w efekcie skarb państwa stracił ok. 61 mln zł z powodu wspomnianych poręczeń. A Polska wciąż sprowadza z zagranicy leki wytworzone z krwi polskich krwiodawców, choć mogłaby je produkować u siebie. Prokuratura już od 2001 roku prowadzi śledztwo w tej sprawie.

Zastępca prokuratora generalnego Tomasz Szałek powiedział, że nie potrafi przewidzieć, kiedy się ono zakończy, ponieważ jeden z biznesmenów, Zygmunt N., mieszka w Wielkiej Brytanii i Polska wystąpiła o jego ekstradycję. Drugi z nich, Włodzimierz W., został już tymczasowo aresztowany. Zarzuty dotyczą nie tylko wyłudzenia kredytu, ale także wypompowania pieniędzy ze spółki LFO, gdy już było wiadomo, że całe przedsięwzięcie jest finansową klapą.

W trakcie zadawania pytań posłowie wielokrotnie podkreślali, że Włodzimierz W. to bliski przyjaciel byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Przypominali, że były SLD-owski minister zdrowia Mariusz Łapiński powiedział prokuratorom o naciskach samego Kwaśniewskiego w sprawie LFO. Sukces przedsięwzięcia zależał bowiem także od resortu zdrowia, dysponenta głównego półproduktu, czyli krwi. Kwaśniewski zdecydowanie zaprzecza słowom Łapińskiego, a inni byli politycy SLD, m.in. Wiesław Kaczmarek, twierdzą, że to decyzje ówczesnego ministra zdrowia doprowadziły do upadku Laboratorium i strat skarbu państwa.

Tomasz Szałek poinformował posłów, że w sprawie doniesień Łapińskiego na temat prezydenta toczy się odrębne śledztwo.

Osobną grupą osób odpowiedzialnych za aferę są - zdaniem NIK i prokuratury - urzędnicy rządu Cimoszewicza, którzy zdecydowali o poręczeniu kredytów.

NIK w swoim raporcie wskazuje na byłego ministra finansów Marka Belkę, byłą wiceminister finansów, dziś członka Rady Polityki Pieniężnej Halinę Wasilewską-Trenkner, byłego dyrektora departamentu Ministerstwa Finansów Piotra Sawickiego oraz byłego ministra gospodarki Wiesława Kaczmarka i wiceministra gospodarki Jerzego Markowskiego.

Posłowie dopytywali się, co Ministerstwo Finansów zamierza zrobić, by odzyskać pieniądze zabrane przez banki z tytułu poręczeń. Chcieli też wiedzieć, na jakich zasadach rząd przyznaje poręczenia kredytowe. Wiceminister finansów Katarzyna Zajdel-Kurowska wyjaśniała, że rząd sądownie dochodzi swoich praw, ponieważ - jego zdaniem - bankom owe 61 mln zł się nie należały. Urzędnicy bankowi nie monitorowali inwestycji, a poręczenia szybko wygasły, więc banki spóźniły się ze swoimi roszczeniami.

Zajdel-Kurowska powiedziała też, że resort zaostrzył kryteria związane z przyznawaniem poręczeń. Żąda zabezpieczeń w postaci hipoteki albo sprzętu, aby w razie wpadki mieć czym spłacać kredyty. Z poręczeń korzystały głównie firmy państwowe - stocznie, PKP, sektor obronny, energetyczny, a także niektóre miasta, np. Warszawa