Od wodewilu do The Beatles

Debiutancki album brytyjskiego wokalisty Miki to bezpretensjonalny, ale i niebanalny pop najwyższej próby

W styczniu Mika Penniman dzięki kilku piosenkom wylądował na szczycie listy dziennikarzy BBC, którzy typowali kandydatów do miana największego objawienia sezonu. Gdy do sklepów trafił album "Life In Cartoon Motion", niektórzy zaczęli kręcić nosem, że cały materiał wokalisty nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Słuchacze wiedzieli jednak swoje i płyta trafiła na pierwsze miejsce brytyjskiego zestawienia sprzedaży. Według mnie zasłużenie, bo to kilkadziesiąt minut błyskotliwej rozrywki.

Ta płyta nie wywróci świata do góry nogami. Ale Mika nie zamierza tego robić. - Nie rozumiem, dlaczego termin "piosenka autorska" kojarzy się z natchnionymi smutasami za fortepianem - zastanawia się w jednym z wywiadów. On sam ani myśli przynudzać. Pisze piosenki, w których co jakiś czas puszcza oko do słuchacza. Jak choćby w "Billy Brown", której bohater wiódł zwykłe życie u boku żony i dwójki dzieci, dopóki nie zakochał się w innym mężczyźnie. Ale potrafi też uderzyć w romantyczne tony i ujmująco zaśpiewać o rozstaniu kochanków w "Happy Ending". A wszystko to przy kapitalnej, wpadającej w ucho muzyce, która skrzy się od nawiązań do najlepszych popowych wzorców - od poczciwego angielskiego wodewilu, przez disco, Freddiego Mercury, Eltona Johna, Jackson 5, Robbiego Williamsa, Supertramp, Bee Gees (Mika potrafi wyskoczyć z falsetem, przy którym bracia Gibb razem wzięci mogą się schować), po - bo jakżeby inaczej u brytyjskiego artysty - Beatlesów. Wszystko to podbarwione jest kampową estetyką, ale bez natrętnego przegięcia, jakie charakteryzuje na przykład produkcje Scissor Sisters.

Nic tylko wrzucić płytę do odtwarzacza i skorzystać z zaproszenia do wspólnej zabawy, które Mika wysyła do swoich słuchaczy.

Mika, "Life In Cartoon Motion", Island