Boks geriatryczny

Od piątku w kinach szósty film o boksującym Rockym. Nakręcił go oczywiście Sylvester Stallone i o dziwo się nie zbłaźnił

Rocky Balboa

reż. Sylvester Stallone

USA 2006

"Rocky Balboa" to ewidentne odcinanie kuponów, ale ogląda się to bez uczucia zażenowania. Z historii filadelfijskiego boksera zrobiło się po prostu poczciwe kino familijne. Cóż bowiem robi dobiegający sześćdziesiątki Rocky (Stallone to rocznik 1946)? Cierpi po stracie żony, próbuje poprawić swoje stosunki z dorosłym synem (Milo Ventimiglia), który go unika, prowadzi knajpę, gdzie, ubrany w marynarkę, opowiada klientom o swoich walkach, pomaga dawnej znajomej i jej synowi wyjść z kłopotów. To naprawdę porządny facet - karmi za darmo boksera, którego kiedyś sprał.

No dobrze, ale co stanowi tu oś intrygi? Ano to, że właśnie wydano grę komputerową, w której aktualny mistrz wagi ciężkiej Mason The Line Dixon (Antonio Tarver) walczy z młodym Rockym i... przegrywa. A ponieważ Dixon na prawdziwym ringu dobiera sobie samych łatwych przeciwników i nikt już nie chce oglądać jego zwycięstw, menedżerowie sugerują mu, by skrzyżował rękawice z Rockym. Boks młodziaka z prawie emerytem? Ależ to będzie jatka! Może, ale nie wtedy, gdy do walki staje Rocky Balboa...

O czym jest zatem ten film? O facecie w pewnym wieku, który chce sobie udowodnić, że jeszcze nie umarł. Musi coś zrobić, bo cierpi na niedobór życiowego sensu i szacunku dla samego siebie.

Rocky to filmowa ikona, zwłaszcza w Ameryce. Uczyniło go ją pięć poprzednich filmów (1976, 1979, 1982, 1985, 1990), a zwłaszcza pierwszy. To przecież archetypiczna opowieść o gościu znikąd, który niespodziewanie wspina się na szczyt, a potem nie umie sobie na nim poradzić. Bo to dla niego za wysoko. Podobnie było z hollywoodzką karierą Stallone.

Choć trzeba przyznać, że na początku wykazał się hartem. Scenariusz pierwszego Rocky'ego napisał w trzy dni i, mimo że proponowano mu 150 tys. dol., nie zgodził się odstąpić tej roli Ryanowi O'Nealowi.

"Rocky Balboa" to jak na amerykańskie standardy film skromny - kosztował 24 mln dol., czyli tylko o 4 mln więcej, niż Stallone zwykł przed paru laty inkasować za rolę. A zarobił już w świecie 141 mln, co wskazuje, że fani dziarskiego boksera wzruszyli się, widząc, jak znów podczas treningu (z nowym psem u boku) wbiega on po schodach wiodących do miejskiego muzeum w Filadelfii, a na szczycie wznosi ręce w geście triumfu. Rozbrzmiewa wtedy oczywiście słynny temat Billa Contiego.

Stallone, w co może mało kto uwierzy, ma tu nawet parę znośnych momentów aktorskich. Z ekranu płynie przy okazji wyraziste przesłanie ideolo: Nie zwalaj na nikogo, że ci się w życiu nie powiodło.

"Rocky Balboa" pokazuje, że Stallone na nikogo nie zwala. Pogodził się ze swym zmierzchem. Czy stać go jeszcze na coś więcej? Wiadomo, że kręci już czwartego "Rambo". Mnie jednak interesuje tylko szykowany przezeń film o Edgarze Alanie Poe.