Biskup Kazimierz Nycz - liberał i menedżer

57-letni biskup koszalińsko-kołobrzeski Kazimierz Nycz uchodzi za umiarkowanego liberała. Jako biskup pomocniczy w Krakowie był prawą ręką kard. Macharskiego. Odtąd zyskał opinię świetnego organizatora i bliskiego ludziom duszpasterza.

Gdy 1 maja, w dniu naszej akcesji do UE, proboszcz Katedry Wawelskiej nie chciał rozkołysać dzwonu Zygmunta, bp Nycz stwierdził, że "wejścia do Unii bagatelizować nie wolno". I dzwon zadzwonił.

Biskup Nycz unika komentowania bieżących spraw politycznych, a także drażliwych problemów Kościoła, np. Radia Maryja. Ale w zeszłym roku w liście pasterskim na Wielki Post dobitnie podkreślał, że duchowni i media katolickie nie mogą się wiązać z jedną opcją polityczną. "Trzeba słuchać Kościoła i papieża wtedy, gdy duchowni i katolickie media ulegają pokusie wiązania się z konkretnymi partiami i próbują uprawiać politykę. To jest właśnie zadanie ludzi świeckich w Kościele" - napisał.

Bp Nycz sprzyja planom MEN, by stopień z religii był wliczany do średniej ocen, bo oznacza to "uszanowanie pracy ucznia". Chce też, by religia lub etyka były obowiązkowe. O amnestii maturalnej Giertycha mówił: - Nie można kupować młodzieży, nie można robić amnestii 50 tysiącom, a w policzek uderzać450 tysięcy tych, którzy się solidnie uczyli

Nie jest zwolennikiem chowania pod dywan trudnych problemów Kościoła, także teczkowych. - Chciałbym, żeby w 2007 r. Kościół do końca, szczerze, nawet czasem do bólu, potrafił się uporać z problemami, jak chociażby lustracją, która jest bombą z opóźnionym zapłonem - mówił KAI.

A sprawę abp. Wielgusa komentował: - Trzeba się zmierzyć z prawdą, nawet jeżeli jest ona bolesna, bo jeden czy drugi przypadek nie sprawi, że nagle ludzie przestaną wierzyć w wielkość, znaczenie i świętość Kościoła. Sam w kontaktach z esbekami był niezłomny: z prób jego werbunku - pisze o tym w swojej książce ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski - po kilkakrotnych próbach zrezygnowano.

W Episkopacie bp Nycz pełni funkcję przewodniczącego Komisji Wychowania Katolickiego.

O zakupach robionych w niedzielę mówił: Pamiętam rozmowę z szefem niemieckiej firmy prowadzącej supermarkety. Usłyszałem wówczas, że po połączeniu Niemiec w byłym NRD wielkie sieci handlowe otwierały sklepy nawet w święta, podczas gdy na terenie RFN w niedzielę żaden supermarket nie działał. Chodziło o to, by ludzie z części wschodniej odreagowali swoją biedę. I tak było przez kilka pierwszych lat od zjednoczenia, dopóki ludzie nie dojrzeli do tego, że w niedzielę nie robi się zakupów. Poza tym pamiętam czasy, gdy zakupy robiło się u nas od poniedziałku do piątku, bo w sobotę i niedzielę większość sklepów była zamknięta. I jakoś dało się żyć. Problemu nie da się oczywiście uregulować odgórnie. Ludzie muszą sami zrozumieć, że siódmy dzień tygodnia został stworzony właśnie dla rodziny i dla wypoczynku. Dla katolika, który chce uszanować dzień Pański, omijanie supermarketów w niedzielę powinno być czymś normalnym. Niestety, tak nie jest i boleję nad tym. Szczególnie wtedy, gdy w poniedziałek słucham utyskiwań, że była sobota i niedziela, a wypoczynku żadnego.