Fotyga o Polsce w UE: Nikt nas nie słucha

W debacie nad eurokonstytucją Polska zażąda, żeby system głosowania nad unijnymi decyzjami, zapisany dziś w projekcie nowego traktatu, został zmieniony - powiedziała wczoraj "Gazecie" minister spraw zagranicznych Anna Fotyga. Powód? Bo Unia się nas nie słucha.

Po miesiącach milczenia polski rząd zaczyna odkrywać karty w eurokonstytucyjnej rozgrywce. Goszcząca wczoraj w Strasburgu szefowa polskiego MSZ ujawniła, jakich poprawek w tekście eurokonstytucji będzie domagał się polski rząd.

- Dla zapewnienia sobie stosownej siły i pozycji musimy zadbać o taki system głosów, który pozwoli nam na zablokowanie tego typu decyzji, które byłyby w jawnej sprzeczności z naszymi interesami - tłumaczy "Gazecie" Fotyga. - Jak rozmawiamy o prawdziwych interesach, to kończą się żarty. Albo jest kompromis, albo się liczy siła - dodała.

Pani minister przyznała, że polskie korekty dotyczyć będą nie tylko sposobu obliczania głosów, ale także liczby obszarów, w których decyzje UE muszą zapadać jednomyślnie, a nie większością. Obecny stan rzeczy - jednomyślność obowiązuje m.in. w sprawach podatkowych, energetycznych i budżetowych - Fotyga uznała za optymalny.

Kilka godzin wcześniej na spotkaniu z polskimi eurodeputowanymi Fotyga przedstawiła podobne argumenty. Dodała jednak coś zaskakującego: stwierdziła, że Polska musi bronić swojego prawa do blokowania decyzji UE, bo w tej chwili w Unii nikt ze zdaniem Polski się nie liczy.

- Naszej pozycji w Unii trzeba się przyglądać uważnie. Dla nas sprawą kluczową jest rozszerzenie i Ukraina. Nikt nas w tej sprawie nie słucha. Więc jeśli mówimy o takim mechanizmie [podejmowania decyzji] w Radzie UE, który pozwalałby nas marginalizować, to zrozumiałe, że nie dopuścimy do możliwości takiego transferu - tłumaczyła europosłom Fotyga.

Dwie godziny później, poproszona przez "Gazetę" o wyjaśnienie tej zaskakującej wypowiedzi, która wygląda na przyznanie się do dyplomatycznej klęski, minister Fotyga starała się wycofać z własnych słów: - To był skrót myślowy.

Ale europosłowie usłyszeli to, co usłyszeli. - Ja sobie aż zanotowałem te słowa - śmiał się Filip Kaczmarek (PO).