Szlachetność jest ślepa

?Droga do Guantanamo? to szlachetny film o okrutnych i absurdalnych konsekwencjach bliskowschodniej interwencji Amerykanów po 11 września. Tyle że podlany propagandowym sosem: nie drąży - choć mógłby, a nawet powinien - tych kwestii, które nie pasują do założonej tezy

Droga do Guantanamo

reż. Michael Winterbottom i Mat Whitecross

Wlk. Brytania 2006

Dwie rzeczy są w tym filmie porażające - mechanizm, którego ofiarami stają się bohaterowie, i prywatna głupota tychże. Najpierw zajmijmy się głupotą.

Czwórka do Afganistanu

Jest jesień 2001 r. Ruhal Ahmed, Asif Iqbal, Shafiq Rasul i Monir to czterej muzułmanie mieszkający w Wlk. Brytanii. Jednemu z nich rodzina sugeruje małżeństwo w Pakistanie, skąd pochodzą. Jedzie więc tam, by obejrzeć wybraną przez rodziców narzeczoną. Potem zaprasza na swój ślub trzech kumpli.

W Pakistanie cała czwórka postanawia się wybrać do sąsiedniego Afganistanu, nie bacząc na to, że media trąbią, że ten popierający terrorystów islamskich kraj mogą wkrótce zaatakować Amerykanie. Powody ich podróży nie są jasne. Bohaterowie mówią, że chcą w Afganistanie pomóc - nie wiadomo komu i jak. Czyżby wypędzić Amerykanów? Mówią też, że chcą przeżyć przygodę (przeżyją, ale raczej nie taką, jakiej się spodziewali). Trzeci argument jest wprost groteskowy - jeden z bohaterów upiera się, że pozostali muszą spróbować afgańskiego chleba. Ten chleb im zresztą szybko obrzydnie.

Pakistańska czwórka to typy absolutnie bezwolne. Dlaczego wstąpili do meczetu, w którym duchowny zachęcał do walki z Ameryką? A bo akurat przechodzili obok. Gdy wędrują przez Afganistan - od przygranicznego Kandaharu aż do stołecznego Kabulu - nigdzie nic nie robią. Wprost się nudzą. Jeden z nich choruje, ale jakoś nie widać, by pozostali szukali dlań lekarza. Gdy po paru tygodniach decydują się wrócić do Pakistanu, przyjmują ofertę kierowcy, który obiecuje ich tam zawieźć. To jednak oszust. Wiezie ich w głąb Afganistanu. Oni nie protestują, choć, nawet nie znając kraju, szybko powinni się zorientować, że zostali oszukani.

Wysiadają w dziwnym obozowisku. Czyżby rezydowali tu talibowie? Nie wiadomo, bo nie poznajemy poglądów tych ludzi. Czyżby dlatego, że bohaterowie, nie znając ich języka, nie mogą się z nimi dogadać? Może, ale politycznych poglądów pakistańskiej czwórki też nie poznajemy.

Na ekranie wciąż mnożą się pytania bez odpowiedzi.

Fałszywy dokument

"Droga do Guantanamo" (Srebrny Niedźwiedź w Berlinie 2006) to tzw. fałszywy dokument. To, co w nim oglądamy, wydarzyło się naprawdę. Ale tu rzecz jest zainscenizowana, prawdziwe postaci grają aktorzy. Całość udaje jednak autentyk - posługuje się np. formułą reportażu: bohaterowie komentują akcję przed kamerą, już z perspektywy roku 2006.

Choć przed zdjęciami Winterbottom (autor m.in. "Alei snajperów" i "24 Hour Party People") i Whitecross dotarli do rzeczywistych ocalałych bohaterów tej historii, nie wycisnęli z nich wszystkiego, co należało. Może stało się tak z powodu ich dziennikarsko-scenariopisarskiej nieudolności? A może woleli ominąć dwuznaczne szczegóły tej afgańskiej odysei, bo osłabiłyby one polityczną wymowę filmu: patrzcie, oto niewinni muzułmanie skrzywdzeni przez amerykański imperializm?

Witajcie w Guantanamo

Czy to znaczy, że bohaterowie filmu zasłużyli na swój los? Nie. Chyba nikt nie zasługuje na coś takiego.

Czwórka z Pakistanu dostaje się w ręce proamerykańskich oddziałów afgańskich. Jeden z nich ginie podczas nalotu. Pozostali są transportowani w blaszanej ciężarówce - tłum ściśnięty w środku mdleje z wycieńczenia. Ktoś do nich strzela: kule przebijają pudło wozu, zabijając część ludzi, ale też robiąc w nim otwory, przez które dostaje się powietrze.

Potem jest afgański obóz, gdzie są głodzeni i poniżani. A gdy Amerykanie odkrywają, że trzej Pakistańczycy to obywatele Zjednoczonego Królestwa, ślą ich, jako szczególnie podejrzanych, do bazy Guantanamo na Kubie (czyżby z międzylądowaniem w Polsce?). Tu, w obozach X-Ray i Delta (Kubę udaje w filmie Iran, którego władze chętnie poparły antyamerykański film), są trzymani w klatkach i torturowani. Pamiętam zwłaszcza jedną torturę - delikwenta zgina się w kabłąk i przykuwa do podłogi. Tak umocowanemu puszcza się na full deathmetalową muzykę. Po kilku godzinach takiego koncertu człowiek jest pewnie gotów przyznać się do wszystkiego, nawet do zabójstwa JFK.

Nie oszukujmy się, amerykańskie siły pokojowe mające szerzyć w świecie demokrację wyglądają tu żałośnie. Przesłuchujący więźniów to tandeciarze. - Gdzie jest ben Laden? - błyskotliwie pyta jeden z nich ogolonego na zero Pakistańczyka. Śledczy starają się złamać każdego z bohaterów, sugerując, że jego kumple sypią. Na chama wrabiają czwórkę w uczestnictwo w mityngu al Kaidy w 2000 r.

Żeby uciszyć krnąbrnego więźnia, do jego klatki wchodzi aż pięciu uzbrojonych po zęby żołnierzy. O czym to świadczy? O tym, że ci wojskowi to sadyści, ale jeszcze bardziej o tym, że strasznie boją się talibów, domniemanych czy prawdziwych. Wyobrażają sobie chyba, że taki potrafiłby załatwić ich gołymi rękami. Z czasem relacje więźniowie - strażnicy trochę się cywilizują. Amerykański żołnierz zabija butem tarantulę, która dostała się do klatki więźnia. Prosi też, by ten mu coś zarapował.

Aniołki? Nie do końca

Gehenna trzech bohaterów trwa w sumie trzy lata. Dzielnie znoszą wszystkie niewygody. Ich duch oporu zwycięża. Czując swą moralną wyższość, potrafią nawet zdemaskować wojskowych, którzy fałszywie zapewniają, że chcą im pomóc. Spławiają ich pogardliwym: "Fuck off, man".

Wtedy, niejako przy okazji, okazuje się, że pakistańscy Brytyjczycy to wcale nie aniołki. Że mają na sumieniu drobne przestępstwa. Paradoksalnie to akta brytyjskiej policji dadzą im alibi - nie mogli być na zlocie u ben Ladena, bo w tym samym czasie odwiedzali komisariaty trzymające nad nimi kuratelę.

I tu znów trzeba zapytać - dlaczego w filmie nie powiedziano nam o tym wcześniej? Czyżby to nie było ważne? Nie, ale gdyby ta informacja padła od razu, widzowie nie przejęliby się tak szczerze losem prześladowanych.

Na końcu zmierzmy się z jeszcze jednym problemem. W filmie słyszymy, że w Guantanamo więzi się kilkaset osób. Trzy z nich, których losy poznajemy, to ludzie niewinni. Ale co z resztą?

Ponieważ w Guantanamo więźniowie nie mogą się komunikować, więc bohaterowie nie dowiadują się niczego o towarzyszach niedoli. Winterbottom i Whitecross rozstrzygają sprawę inaczej - cytują informację, że tylko 10 więźniom z bazy na Kubie postawiono zarzuty przed sądem. Czyż to nie sugestia, że reszcie niczego nie udowodniono? Ja nie jestem tego pewien, ale autorzy filmu chyba nie mieliby nic przeciwko temu, żebyśmy tak myśleli. Ideę "Drogi do Guantanamo" najpełniej wyraża wszak taka oto konstrukcja: widzimy, jak George W. Bush mówi na spotkaniu z Blairem, że wszyscy więźniowie Guantanamo to mordercy. Potem jest cięcie montażowe, a po nim historia dowodząca, że amerykański prezydent łże.