Eurowizyjne mdłości

Szwedzki weteran Erlandsson, pochodzący z tego samego kraju poprockowy zespół Charizma oraz działający w Polsce, ale złożony z Rosjanki i Brytyjczyka duet The Jet Set. To troje z dziesięciu wykonawców, którzy w sobotni wieczór będą ubiegać się w krajowym finale o prawo reprezentowania Polski na festiwalu Eurowizji.

Czemu nie? Regulamin konkursu zezwala na takie międzynarodowe transfery, może warto schować narodową dumę? Ostatnio posiłki z zagranicy nieźle się u nas sprawdzają - w przypadku trenerów sportowych. Tyle że wśród chętnych do reprezentowania Polski na Eurowizji nie widać odpowiedników Beenhakkera ani Lozano. The Jest Set wypada jeszcze znośnie z piosenką "Time to party" (choć trochę za bardzo kojarzy mi się z ostatnimi produkcjami Christiny Aguilery), ale taka Charizma ( posłuchaj ich piosenki "Emily" ) trzy lata temu w eliminacjach estońskich zajęła ledwie piąte miejsce.

Ale i polska konkurencja to lokalna trzecia liga. Utalentowana, ale pozbawiona szczęścia do repertuaru Hania Stach ( posłuchaj piosenki "Regroup" ), bracia Molędowie (uwaga - ( piosenka "No Second Chance" ) utrzymana w stylu przesłodzonych boysbandów), pseudorockowe dziewczęce trio Bikini, z ( piosenką "Don't Judge Me" ) (ktoś powinien im powiedzieć, że w Polsce był już zespół o takiej nazwie) oraz niejaka Natasza. Piosenka tej ostatniej, "I Like It Loud" - prawda, że nieźle wyprodukowana - brzmi jak przekładaniec "Music" Madonny, "Get The Party Started" Pink oraz "Free Your Mind" En Vogue . Jeśli to ona pojedzie do Helsinek (poprzednią edycję wygrali Finowie, więc to u nich odbywa się teraz finał), sprawa zakrawać będzie o zdradę stanu. Może stworzyć w Europie kolejny dotyczący Polaków stereotyp - że kradniemy już nie tylko samochody, ale także cudze przeboje.

Jest też zespół Button Hackers. Przypadek odrębny - płyty wydaje mu Polskie Radio. Do niedawna za fonografię odpowiadała tam Gina Komasa. Teraz szefuje telewizyjnej rozrywce i od tego czasu Button Hackers są wszędzie. Wygrali już organizowany przez TVP Festiwal "Jedynki" w Sopocie, teraz walczą o międzynarodowy finał Eurowizji. Zastanawiająca zależność. Oczywiście możliwe, że grupa - z sympatyczną, ale kompletnie bezpłciową piosenką ( posłuchaj "On My Mind" ) - znalazła się w finałowej dziesiątce, bo nie było lepszych kandydatów.

Nawet jeśli tak było - sam brałem kiedyś udział w wyborze krajowej dziesiątki i wiem, że kandydatów na poziomie jest na ogół jak na lekarstwo - zadziwia panujący wśród jury brak świadomości, czym naprawdę jest festiwal Eurowizji. To przecież dzisiaj już nie przegląd talentów, nawet nie konkurs piosenki, lecz tandetne telewizyjne widowisko połączone z teleplebiscytem. Aby przebić się przez eurowizyjną szmirę oraz skandynawskie czy bałkańskie sympatie, trzeba wysłać na konkurs kogoś skrojonego pod kątem festiwalu (kiczowato przerysowane, ale perfekcyjnie realizujące konwencję zwycięskie propozycje Ukrainy lub Grecji sprzed kilku lat) albo oryginalnego nawet za cenę obciachu (jak ubiegłoroczny triumfator fińska grupa Lordi).

Skoro już w ogóle musimy się w to bawić, warto zaakceptować realia konkursu i przestać traktować go śmiertelnie poważnie. To już sensowniej byłoby wysłać do Helsinek jakiś zespół discopolowy. Albo po raz kolejny Ich Troje. Byłoby bardziej wyraziście. I na pewno śmieszniej.

Posłuchaj też: Ania Szarmach, "Open You Mind" , Vino, "Come in my heart" , Mikael Erlandsson, "Love in the Air"

Powinna wygrać piosenka: