Krążą bomby po lotniskach, a straż graniczna śpi

Dwóch mężczyzn z bombami w bagażu przeoczyli kontrolerzy straży granicznej na lotnisku pasażerskim w Rębiechowie. To błąd, który kosztowałby ludzkie życie, gdyby byli to prawdziwi terroryści. Skuteczniejsi byli cywilni ochroniarze

Wpadkę gdańskich pograniczników sprowokowali inspektorzy Urzędu Lotnictwa Cywilnego w Warszawie. Są zmorą obsługi wszystkich portów lotniczych w Polsce. Jako zwykli pasażerowie poddawani są rutynowym kontrolom. Co wyróżnia ich od innych? Ich bagaże skrywają atrapy bomb. Dobra ochrona powinna wychwycić atrapy w trakcie prześwietlania bagażu urządzeniem rentgenowskim.

- Na ekranie monitora pojawia się obraz, który do złudzenia przypomina materiał wybuchowy - mówi specjalista, do którego dotarła "Gazeta". - Jeśli pracownicy ochrony lotniska tego nie zauważą, jest poważny problem.

Jak często mamy "poważny problem"? To najbardziej skrywana tajemnica Urząd Lotnictwa Cywilnego.

- Tego typu dane są objęte tajemnicą - tłumaczy Katarzyna Krasnodębska, rzeczniczka prasowa ULC. - Sprawdzamy stan zabezpieczeń na lotniskach, a nasi inspektorzy stosują takie metody, na jakie pozwala prawo. Wszystko, co się z tym wiąże, nie nadaje się do ujawnienia.

"Gazeta" ustaliła, że w styczniu do terminalu w gdańskim Rębiechowie weszło czterech inspektorów ULC. Dwaj zanieśli "bomby" do punktu odprawy lotów krajowych - jest obsługiwany przez cywilnych ochroniarzy. Ładunki zostały wykryte.

W tym czasie druga dwójka inspektorów przechodziła odprawę w punkcie kontrolnym lotów międzynarodowych. Czuwa nad nim straż graniczną. Pogranicznicy nie wykryli zagrożenia.

Błąd funkcjonariuszy trzymany był w tajemnicy. Dowiedzieliśmy się o tym od naszych informatorów, którzy uważają, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, bo ukrywanie tego typu informacji nie służy poprawie bezpieczeństwa. Odpowiedzialność spadła na szefów placówki straży granicznej, która chroni gdańskie lotnisko. Stanowisko stracił zastępca dowódcy. Sam dowódca prawdopodobnie zostanie przeniesiony.

- Lotniska dysponują superczułymi urządzeniami do wykrywania śladowych ilości materiałów wybuchowych. Wystarczy, że ktoś na sylwestra miał kontakt z fajerwerkami i przypadkowo przeniósł jakieś pyłki do swojego bagażu lub na ubranie i alarm gotowy - tłumaczą rozmówcy "Gazety".

Zarząd Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Rębiechowie na poprawę stanu bezpieczeństwa wydał w zeszłym roku kilka milionów złotych. Skąd w takim razie wzięły się błędy pograniczników?

Według naszych informatorów - ze złej organizacji szkolenia i braku skutecznego nadzoru. Cywilna ochrona - od obsługi połączeń krajowych - jest regularnie poddawana szkoleniom i surowym egzaminom. Funkcjonariusze straży granicznej przechodzą szkolenia tylko raz - na początku służby.

Według naszych informacji prowokacje inspektorów ULC niejednokrotnie obnażyły błędy w systemie zabezpieczeń również na innych polskich lotniskach. Informacje na ten temat ukrywane są przed opinią publiczną.

Latem zeszłego roku po alarmie antyterrorystycznym na brytyjskich lotniskach, polskie służby wzmocniły ochronę naszych obiektów i samolotów pasażerskich, mimo że Zbigniew Wassermann, koordynator ds. służb specjalnych, oceniał, że zagrożenie atakiem terrorystycznym w Polsce jest niskie.

Według naszych informacji Urząd Lotnictwa Cywilnego ostrzegł kierownictwo gdańskiego lotniska, że wszelkie przecieki do prasy dotyczące incydentu będą badane przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Straż graniczna w Gdańsku do dziś nie doczekała się szczegółowego wytknięcia błędów popełnionych przez funkcjonariuszy z Rębiechowa.

- Mogę jedynie potwierdzić, że na początku roku lotnicze przejście graniczne w Rębiechowie było audytowane przez Urząd Lotnictwa Cywilnego - mówi kmdr por. Grzegorz Goryński, rzecznik prasowy SG w Gdańsku. - ULC jeszcze sporządza protokół. Na razie nie mamy jakichkolwiek danych na ten temat.